logotyp
Prof. Mirosław Bańko

Prof. Mirosław Bańko jest językoznawcą i leksykografem, autorem lub redaktorem naukowym kilkunastu słowników. Wykłada na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, prowadzi internetową poradnię językową Wydawnictwa Naukowego PWN. Jest członkiem zespołu redakcyjnego Obserwatorium Językowego UW, które realizuje projekt „Najnowsze słownictwo polskie”.

Lubię lajkować

O tym, jak znaleźć najlepszy target, dlaczego niektóre pomysły są kuriozalne, a inne tylko osobliwe i czy język jest naszym dowodem tożsamości, opowiada prof. Mirosław Bańko z Uniwersytetu Warszawskiego

rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Na stronie internetowej Obserwatorium Językowego Uniwersytetu Warszawskiego przeczytałam, że nowe słowa są jak drobiny złota, które przeciekają nam przez palce. Czy takie wyrazy jak „fashionistka”, „prekariat”, „eurosierota”, „deadline” albo „selfie” są rzeczywiście cenne? Warto się im przyglądać, opisywać je, utrwalać?

Porównanie do drobin złota to ja, nie chwaląc się, wymyśliłem. Starałem się, żeby obok tego tekstu nie można było przejść obojętnie. Wydawnictwa i instytucje naukowe nie radzą sobie z rejestrowaniem nowych słów, więc postanowiliśmy do współpracy zaprosić internautów i wykorzystać ich energię. Są piękne, historyczne przykłady takiego crowdsourcingu z czasów, gdy tego słowa jeszcze nie było. Z udziałem ochotników przez 70 lat opracowywano Oxford English Dictionary, teraz tak tworzona jest Wikipedia. Projekt „Najnowsze słownictwo polskie” to inicjatywa członków Warszawskiego Koła Leksykograficznego UW – Macieja Czeszewskiego i Jana Burzyńskiego, ja staram się ich w tym wspierać.

Ale „prekariat”…

To słowo może nam się nie podobać dlatego, że samo zjawisko jest niepokojące, podobnie jak „hejtowanie”. Ja jednak lubię wszystkie wyrazy, choć tylko niektóre są tak śpiewne i płynne jak „coca-cola”. Bywają słowa zgrzytające i szemrzące, trudne do wymówienia.

Po co te nowe słowa opisywać i umieszczać w słownikach?

Po pierwsze dlatego, żeby nie przepadły bez wieści. Możemy za jakiś czas nie wiedzieć, że ich w ogóle używaliśmy, a one są częścią naszej kultury, elementem świata, w którym żyjemy. Trzeba je utrwalić, to nasza powinność wobec potomnych. Drugi powód jest bardziej przyziemny. Ludzie szukają informacji o tym, jak tych wyrazów używać. „Logo” nie jest specjalnie nowe, a ciągle się wahamy, co z nim robić. Słowniki podają, by „logo” nie odmieniać, ale jestem przekonany, że to się wkrótce zmieni. Wystarczy spojrzeć na „molo” czy „radio”.

Dlaczego pojawiają się nowe wyrazy?

Najbardziej powierzchowna odpowiedź jest taka, że następują zmiany cywilizacyjne. Pojawił się komputer, trzeba było go nazwać. Ale to nie jest najważniejszy powód. Język się zmienia przede wszystkim dlatego, że jest środkiem grupowej, środowiskowej czy – na większą skalę – etnicznej identyfikacji. Młodzi nie chcą mówić tak, jak ich rodzice czy dziadkowie, chcą się odróżniać. Mamy chęć zaznaczać za pomocą języka skąd jesteśmy i do jakiej grupy należymy. Modny dziś w Polsce biolog ewolucyjny Robin Dunbar twierdzi wręcz, że ta potrzeba odnawiania języka z pokolenia na pokolenie jest w nas zapisana ewolucyjnie, że to element naszego wyposażenia genetycznego. Język to wygodny sposób demaskacji obcych. Jest taka scena w Trylogii Sienkiewicza, w której Zagłoba przekrada się w stroju ukraińskiego chłopa. Pech chce, że trafia na polskich rycerzy. Co zrobi w tym momencie? Powie: „Latine loquor”, czyli „mówię po łacinie”. To wystarczyło, bo „mówić po łacinie” oznaczało „należeć do stanu szlacheckiego”. Język to najlepszy dokument tożsamości.

A skąd się biorą nowe wyrazy?

Duża część to zapożyczenia, obecnie przede wszystkim z języka angielskiego, ale polszczyzna też do pewnego stopnia zapełnia powstające luki. Np. angielski „ageizm” bywa zastępowany przez „wiekizm”. I to jest słowo, które może się nie podobać, ponieważ jest językowym centaurem złożonym z dwóch części – słowiańskiej i niesłowiańskiej. Ale w naszym słowniku jest sporo rodzimych tworów, np. czasowniki „piwkować” i „kawkować”, które swoją formą pasują do luzackiej treści. Widać w nich tak pożądaną harmonię znaczenia i brzemienia. Gdybyśmy nastawili się na język blogów i forów internetowych, to tych śmiałych spolszczeń byłoby więcej – znalazłyby się wśród nich np. słowa „luknąć” czy „lajtowy”. Ale staramy się zachować umiar.

Czy słów, które znajdziemy na stronie Obserwatorium Językowego UW (www.nowewyrazy.uw.edu.pl), możemy bez wyrzutów sumienia używać na co dzień?

To kwestia indywidualnego wyboru. Sięgamy po takie, a nie inne środki wyrazu w zależności od własnych upodobań i wieku. Na nowości bardziej otwarci są młodzi ludzie i to z ich języka one pochodzą. Oczywiście czasem starsi nie mają wyboru, bo np. „smartfon” nie ma innej nazwy.

Wiele z tych słów pochodzi z języka pracowników „korpo” czyli korporacji. Choćby „feedback” czy „propsować”.

Pracowałem przez wiele lat w dużym polskim wydawnictwie i zauważałem, że moi koledzy i koleżanki dziwnie mówią, np. używają słowa „kontent” na określenie treści. Wydawnictwo utrzymywało się ze sprzedaży „kontentu”, trzeba było znaleźć „właściwy kontent” dla „właściwego targetu”. To jest taka mowa magiczna. Wplatając do swojej wypowiedzi słowa charakterystyczne dla danego środowiska, manifestujemy przynależność do niego. Dzięki temu w tej grupie czujemy się lepiej. Dla językoznawcy wszystkie te wyrazy są jednak ciekawe. Posunąłbym się nawet do twierdzenia, że nie ma wyrazów niepotrzebnych.

Nawet jeśli to anglicyzmy, które mają wiele polskich odpowiedników?

Używa się ich ze względu na potrzebę ekspresji, wyróżnienia się, czasem obce twory wydają się bardziej prestiżowe czy dobitne niż te rodzime. Sięgnę po stary, ale dobry przykład. Mamy w polszczyźnie słowo „kuriozalny”, o łacińskim rodowodzie. Mamy też rodzimy wyraz „osobliwy”. Znaczą właściwie to samo, ale kiedy zaczęliśmy się im dokładniej przyglądać, okazało się, że „kuriozalny” ma silniejszy wydźwięk i dlatego bardzo często występuje w wypowiedziach naszych posłów. Służy im do dyskredytowania przeciwników. „Pana poglądy są kuriozalne!” – brzmi o wiele mocniej niż: „Pana poglądy są osobliwe!”. Z drugiej strony to, co zapożyczone, brzmi bardziej elegancko w uszach niektórych osób. Wielu językoznawców jest nawet skłonnych obwiniać rodaków o snobizm i uleganie modzie. Myślę sobie, że to jednak pewne uproszczenie. A jeśli nawet chodziłoby o snobizm, to często pomaga on ludziom doskonalić się, rozwijać językowo, także przez poznawanie nowych wyrazów. Już w XVI-wiecznej Anglii wydawane były słowniczki, w których zamieszczano wyłącznie mądre wyrazy pochodzenia łacińskiego i greckiego. Można powiedzieć – coś dla snobów. Ale te słowniczki były w szczególności adresowane do kobiet, które miały wówczas ograniczone możliwości edukacji i dzięki takiej lekturze mogły uchodzić za lepiej wykształcone.

Czy przeciwko utrwalaniu takich wyrazów jak „asap”, „cefałka” czy „space” nie protestują językowi puryści? Czy zwracają się do Pana osoby, które uważają, że to językowe śmieci i nie powinno zostać po nich żadnego śladu?

Na razie nie, ale być może puryści nie wiedzą jeszcze o naszym projekcie. Korespondowałem kiedyś przez dłuższy czas z Polką z Kanady, która nie mogła się pogodzić z obecnością w „Słowniku języka polskiego” słowa „news”. Nie udało mi się jej przekonać. Ale znam ludzi, którzy dojrzewają do tego, by dostrzec, że język jest tworem wielowymiarowym, złożonym i nie można go oceniać na skali poprawne – niepoprawne czy twierdzić, że to, co było dawniej, jest dobre, a to, co nowe, jest złe, że rodzime jest wspaniałe, a obce – wstrętne.

Dużo nowych wyrazów to językowe efemerydy?

Na pewno są mody wyrazowe. Na początku transformacji pojawiła się np. „kuroniówka”, która teraz młodemu pokoleniu już nic nie mówi. Była też „falandyzacja prawa”. Mieliśmy „małyszomanię”. Nie wiem, ile będziemy jeszcze pamiętać o osiągnięciach Adama Małysza.

A czy wśród nowych wyrazów ma Pan jakieś swoje ulubione? Szczególnie przydatne, trafne, dobrze brzmiące?

Jako językoznawca lubię wszystkie słowa. Przyparty do muru mogę powiedzieć, że mi się „lajki” podobają, choć może bardziej samo zjawisko niż słowo. Lubię też „mejl” i staram się tej formie dawać zielone światło. Komunikacja mejlowa jest tak codzienna, że dziwnie byłoby odgradzać się od niej obcym słowem, które stwarza dystans.

A któreś słowo Pana denerwuje?

Niektóre mnie zastanawiają. Jak ten „wiekizm”, w którym widzę konflikt genetyczny. Prędzej powiedziałbym „ageizm”, tym bardziej, że samo słowo, przez swoją obcą formę, wydaje się niepokojące, a i samo zjawisko takie jest. Mamy też „adultyzm”, czyli dyskryminację młodych. Tych niepokojących zjawisk o nieprzyjemnych nazwach jest zresztą więcej: „cyberprzemoc”, „bioterroryzm” czy „mobbing”. Ale są i nazwy przyjemne. Czy wie Pani jak się nazywa skakanie z balkonu do hotelowego basenu?

Balkoning?

No właśnie, sam się zdziwiłem, że jest takie zjawisko. Ludzie jeżdżą do dalekich krajów, by uprawiać ten rodzaj sportu. Popularne jest też toczenie się w przezroczystej kuli po trawiastym zboczu albo – częściej – po wodzie. To się nazywa „zorbing”.

A co z żeńskimi odpowiednikami nazw zawodów. Też można je zaliczyć do nowych słów?

One w większym zakresie niż obecnie funkcjonowały przed wojną. Teraz wiele kobiet czuje opór, by nazywać je „profesorkami” czy „historyczkami”. Myślę, że byłoby dobrze, gdyby w polszczyźnie częściej używano nazw żeńskich. W języku fleksyjnym, jakim jest polski, nieodmienianie wyrazów jest często niezręczne, np. „dyrektor poleciła profesor”. To trzeba rozwinąć: „pani dyrektor poleciła pani profesor, by…”. Ale jak do każdego zdania będę dodawał „pani”, tekst się stanie infantylny. To, że wzbraniamy się przed używaniem w większym zakresie form morfologicznie nacechowanych żeńskością, nam samym sprawia kłopoty, zmusza do szukania konstrukcji dłuższych, mniej wygodnych.

Będziemy więc niedługo bez oporów mówić „psycholożka” i „socjolożka”?

Ja już tak mówię. Napisałem ostatnio entuzjastyczną opinię o książeczce dla dzieci, której bohaterkami są mamy – strażaczka czy kosmonautka. Niby dlaczego pisać: „moja mama jest kosmonautą”, skoro są formy żeńskie? To nie ma nic wspólnego z „genderyzmem”, o którym tyle osób mówi, choć większość nie rozumie tego słowa. Cały dyskurs na ten temat został niepotrzebnie zideologizowany. W interesie naszym, jako użytkowników języka, jest stosowanie takich nazw ze względu na własną wygodę.

Dużo tych nowych słów Pana dziwi?

Niektórych nigdy wcześniej nie słyszałem. Inne brzmią śmiesznie, np. „propsować”. Zachęcam, by zaglądać na naszą stronę.

I poczytać np. o fashionistkach…

Czyli o szafiarkach, które przed kamerą wyjmują z szafy różne rzeczy i się w nie ubierają. Czy to, że takie osoby znajdują zainteresowanie w oczach innych ludzi, nie jest dziwniejsze niż samo słowo, które to zjawisko określa?

Materiały na tej podstronie (tekst i zdjęcie) są dostępne na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2017.

OJczysty - dodaj do ulubionych