logotyp
Prof. Elżbieta Umińska-Tytoń

Prof. Elżbieta Umińska-Tytoń jest filologiem polskim i językoznawcą, kierownikiem Zakładu Historii Języka Polskiego na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Łódzkiego.

Tytkę dzielimy z Poznaniem

O omiataniu Pietryny, famułach Scheiblera i łódzkich regionalizmach opowiada prof. Elżbieta Umińska-Tytoń z Uniwersytetu Łódzkiego

rozmawiała: Ola Rzążewska

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Pani Profesor, mówi się, że jest coś takiego, jak gwara łódzka. A to chyba nieprawda?

Myślę, że nadużywa się terminu „gwara”. Lepsze byłoby określenie „polszczyzna miejska” albo „język miasta”. Mowa mieszkańców Łodzi ma oczywiście cechy indywidualne, które odróżniają ją od mowy mieszkańców Krakowa, Poznania czy Białegostoku.

Ale chyba niektóre miasta wykształciły swoją gwarę?

Jeśli będziemy gwarę rozumieć klasycznie, jako podsystem językowy, który obejmuje nie tylko charakterystyczne słownictwo, ale także wyróżniki na poziomie fonetycznym, słowotwórczym i fleksyjnym, to gwarę wykształciła tylko część miast. Należy do niech Warszawa, w której gwarą mówili przedstawiciele niższych warstw społecznych – przekupnie, stróże i ulicznicy. Powstała ona na styku gwary ludowej, którą ci ludzie przynieśli do Warszawy i potocznego języka ogólnego z naleciałościami zwłaszcza z języka rosyjskiego.

Ale ten język, którym mówili i częściowo nadal mówią łodzianie, jest jednak wyjątkowy.

Na pewno Łódź ma trochę odrębności językowych, podobnie jak każde miasto, i to wynika m.in. z położenia geograficznego. Każde miasto leży na terenie jakiegoś dialektu ludowego i niektóre jego cechy ludność zachowuje. To dlatego w mowie Krakowa znajdziemy cechy charakterystyczne dla Małopolski, w mowie Warszawy – dla Mazowsza, w mowie Poznania – dla Wielkopolski. A w mowie Łodzi znajdziemy wszystko.

To bardzo ciekawe!

Łódź leży na styku tych trzech dialektów, a ludzie, którzy tu przyjeżdżali, mówili językiem, który miał cechy gwar mazowieckich, wielkopolskich i małopolskich. Wszystko to w Łodzi się mieszało i ucierało. Kiedy w latach 70. zbieraliśmy materiał do badań nad językiem miasta, jedna z naszych rozmówczyń, wieloletnia włókniarka, która pamiętała tę dawną Łódź, scharakteryzowała sytuację językową słowami: „Bo tu, proszę pani, wszyscy mówili – ty grej, jak chcesz, a ja tańcuję, jak miarkuję”.

Jak to rozumieć?

Że każdy mówił po swojemu, bo jego język miał swoje naleciałości. Na specyfikę języka Łodzi składa się również udział języka niemieckiego i rosyjskiego. Po części z racji zaborów i dużej liczby Niemców, którzy tu mieszkali i kierowali wielkimi fabrykami. Niemiecki był w pewnym stopniu konieczny w codziennej komunikacji.

A czy jidysz używany przez dużą społeczność łódzkich Żydów też miał swój wpływ na język łódzki?

Nie, ponieważ Żydzi nie integrowali się kulturowo z Polakami. Mieli swoje obyczaje, obrzędy, święta, na ogół nie wchodzili w mieszane związki małżeńskie, żyli niby razem z innymi mieszkańcami, ale jednak osobno. Wpływy z jidysz przeniknęły raczej do ogólnopolskiej potocznej polszczyzny, np. powszechnie znane są w całej Polsce słowa „kiepełe” (rozum, spryt – red.) czy „myszygene” (szaleństwo – red.). W Łodzi znane są za to słowa „borg” i „borgować”, ale nie wiadomo, czy pochodzą z jidysz czy z niemieckiego i czy są specyficznie łódzkie.

A co to znaczy, że ktoś borgował?

Tylko tyle, że sprzedał coś na kredyt. Z kolei ten, który wziął na borg, nie zapłacił za towar i zostało mu to zapisane jako dług.

Czy na język Łodzi wpłynął także tutejszy rozwój przemysłu włókienniczego?

Oczywiście. Do prywatnego zasobu językowego mieszkańców miasta wchodzi wiele terminów z tego obszaru zawodowego, który jest dla danego miasta dominujący. W śląskich miastach powszechnie znane są terminy dotyczące górnictwa, pracy górnika, specyficznych funkcji związanych z pracą w kopalni itd. Na północy kraju na pewno jest to słownictwo dotyczące rybołówstwa, żeglowania, jednostek pływających. W Łodzi jest to, a przynajmniej było do niedawna, słownictwo dotyczące włókiennictwa. Bardzo długo ludzie używali tu słowa „towar” w znaczeniu „tkanina” – dziś robią tak tylko starsze osoby. Mówiło się więc: „kupiłam pół metra towaru na bluzkę”. W innych regionach „towar” oznacza coś do sprzedania albo kupienia, w Łodzi takim „towarem” były przede wszystkim tkaniny.

Ale z językową wyjątkowością Łodzi raczej są kojarzone takie słowa jak „migawka”, czyli bilet miesięczny, albo „krańcówka”, czyli pętla tramwajowa albo autobusowa.

Łódź nie ma takich własnych słów zbyt wiele. Do osobliwości leksykalnych Łodzi, poza już wymienionymi, należy jeszcze „brzuszek” zwany gdzie indziej boczkiem, a także słowo „chechłać” w znaczeniu „kroić tępym nożem”, „dziad”, czyli kapuśniak zakrojony ziemniakami, „siaja” i „siajowy”, czyli coś mizernej jakości, byle jakie. W znacznym stopniu dzielimy te swoistości z innymi miastami, np. z Poznaniem.

O, w Poznaniu np. świetnie jest znana łódzka tytka!

I my, i oni mamy w języku sporo germanizmów. Bywa też tak, że to samo zapożyczenie funkcjonuje w językach charakterystycznych dla różnych miast w nieco innej formie. Na przykład w Łodzi domy familijne, które fabrykanci budowali dla rodzin swoich robotników, były i są nazywane „famułami”. Mówi się np. o „famułach Scheiblera” czy „famułach Poznańskiego”. Na Śląsku również budowano takie domy dla rodzin górników, ale ich nazwa brzmi „familioki”.

Czy te słowa rozpoznawalne powszechnie jako łódzkie są w ciągłym użyciu?

Są i nie są. Nie wiadomo jak długo będą rozpoznawane, bo np. handel eliminuje wiele tych miejskich nazw regionalnych. Kiedy kaszę kupowało się od gospodarzy, którzy przywozili ją na targ z okolicznych wsi, to używaliśmy sformułowania „kasza tatarczana”, które wyrosło na wielkopolskiej podstawie dialektalnej. Teraz ta kasza jest pięknie zapakowana w pudełeczka i ma oficjalną nazwę „kasza gryczana”. Na większym obszarze Polski rzeczownik „gryka” i przymiotnik „gryczany” są dominujące. Teraz, gdy pytam studentów, to oni wszyscy odpowiadają, że jedzą kaszę gryczaną.

A słyszeli o tatarczanej?

Niektórzy od dziadków. Za sprawą np. scentralizowanej dystrybucji w handlu, takie nazwy się zacierają w świadomości mieszkańców regionów. W kilku piekarniach, w których bywam, na półkach są karteczki z napisem „bułka wrocławska”, a przecież żaden łodzianin nie kupuje bułki wrocławskiej, tylko angielkę. Ale rzadko w piekarniach pojawia się nazwa „angielka”. Podobnie jest z małą, zwykłą bułeczką, taką przepołowioną. Jest ona bardzo różnie nazywana – z przedziałkiem, połówkowa, a teraz, nie wiem skąd, nagle zyskała nazwę „bułka poznańska”. Są takie określenia handlowe, które wypierają regionalizmy. Ale nadal można kupić „żulik”, czyli pieczywo, które w innych regionach jest nazywane chlebkiem tureckim.

A co z łódzkim pojęciem rynku?

No właśnie, Łódź nadal zachowuje swoją odrębność językową w rozumieniu rynku, ponieważ nigdy nie była miastem zorganizowanym wokół centralnego placu zwanego rynkiem. Dla łodzian rynek to miejsce handlowe, gdzie odbywa się targ – mamy więc w Łodzi Górny i Dolny Rynek, jest Rynek Bałucki i małe ryneczki na osiedlach. W innych miastach nazywane są bazarkami.

Skoro wspomniałyśmy o Bałutach, to chyba warto powiedzieć o bałuciarzu?

Rzeczywiście, Bałuty są powszechnie identyfikowane jako dzielnica Łodzi o nie za dobrej reputacji. Właśnie w związku z tymi skojarzeniami w języku miasta utrwaliły się słowa „bałuciarz” i „bałuciara” oznaczające człowieka nieokrzesanego, awanturnika, ulicznika, generalnie kogoś, kogo lepiej omijać. Antek z Bałut to z kolei określenie utrwalone przez folklor miejski – często pojawia się w piosenkach miejskich i ludowych.

A kim jest partyzant z Manilasu?

To ktoś, kto tylko się podszywa pod historię, jaka mogłaby się rozegrać, bo Manilas to las nie za wielki, w którym nic poważnego nie mogłoby się wydarzyć. To żartobliwe określenie kogoś, kto przypisuje sobie jakieś zasługi. Sama nazwa Mania, to historyczna nazwa młyna, który znajdował się kiedyś na tym terenie. Z kolei nazwa młyna wzięła się od właściciela, a warto wiedzieć, że słowo „mania” opisywało dawniej kogoś leworęcznego. Wracając jednak do młyna – często było tak, że wokół młyna tworzyła się cała osada i przejmowała jego nazwę. Tutaj właśnie tak się stało. Teraz Mania stała się nazwą cmentarza, nazwą terenu i małej ulicy, która się tam mieści.

Czy są jeszcze inne powiedzenia odnoszące się do nazw miejscowych w Łodzi?

Tak, choćby „Dąbrowa i Chojny to naród spokojny”, co akurat nie jest prawdą, bo te dwie dzielnice ciągle ze sobą walczyły. Jest jeszcze ciekawe powiedzenie: „ona tylko tak omiata Pietrynę”, które odnosi się do ulicy Piotrkowskiej, będącej osią miasta. Oznacza ono, że ktoś sprząta tylko po wierzchu, tam, gdzie widać starania, a resztą się już nie zajmuje. Gdyby w innych miejscowościach miało funkcjonować takie powiedzenie, to pewne mówiłoby się „sprząta tylko na rynku”.

Czemu warto interesować się językiem charakterystycznym dla miejsca naszego zamieszkania?

Jest w człowieku skłonność do pozytywnego wartościowania tego, co jest mu bliskie, związane z jego gniazdem, domem i przeszłością. To się oczywiście rozszerza także na język. Przywiązanie do rodzimych nazw, powiedzonek, które wynieśliśmy z domu i z którymi wiążą się wspomnienia, buduje więź z przeszłością i naszym miejscem na ziemi. Z mojego punktu widzenia to wszystko warto poznawać, pielęgnować i cenić, bo to nasze dziedzictwo.

Przyglądając się językowi, możemy też sporo dowiedzieć się o miejscu, w którym mieszkamy?

Oczywiście. Jeśli dostrzegamy różnicę pomiędzy tym, jak mówimy, a jak mówią inni, to zaraz pojawi się pytanie, skąd się bierze ta odrębność i może skłoni nas to do bliższego zainteresowania się własną przeszłością i korzeniami. To ma ogromną wartość – z jednej strony sentymentalną, z drugiej także kulturową.

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2017.

OJczysty - dodaj do ulubionych