logotyp
Prof. dr hab. Włodzimierz Gruszczyński

Prof. dr hab. Włodzimierz Gruszczyński jest specjalistą w zakresie językoznawstwa polonistycznego. Zajmuje się badaniem współczesnego i dawnego języka polskiego. Wykłada w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. Pracuje też w Instytucie Języka Polskiego PAN.

Słowa się wycierają

O tym, kto jest szpakami karmiony, dlaczego zniknie celownik i skąd się biorą megamarkety opowiada dr hab. Włodzimierz Gruszczyński, profesor Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.

rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Dlaczego słowa znikają z języka?

Najczęściej dlatego, że przestają być potrzebne. Jeśli nie robimy już masła samodzielnie, tylko kupujemy je w supermarkecie, nie używamy maślnicy. Jej nazwa należy ewentualnie do naszego słownictwa biernego – nie stosujemy tego wyrazu, choć wiemy, co on oznacza. Ale niektóre słowa giną bezpowrotnie. Kilkanaście lat temu prof. Barbara Bartnicka, lingwistka z Uniwersytetu Warszawskiego, poprosiła studentów polonistyki o wypełnienie ankiety. Mieli objaśnić znaczenie wyrazów wypisanych z kilkudziesięciu stron „Trylogii” Sienkiewicza. Wyniki były tragiczne. Pół biedy, jeśli ktoś pisał „nie wiem”. Gorzej, jeżeli z „misiurki”, która jest rodzajem hełmu, robił „naczynie podobne do miski”.

Zawodzi nas nawet intuicja?

To jeszcze wyraźniej widać w wypadku związków frazeologicznych. Jesteśmy szczególnie bezradni, jeśli odwołują się one do świata przyrody, a używanie ich staje się po prostu niebezpieczne, bo rodzi mnóstwo nieporozumień. Kiedy na zajęciach wymieniam tradycyjne polskie idiomy, studenci szeroko otwierają oczy ze zdziwienia. Nawet jeśli słyszeli, że ktoś może być „szpakami karmiony”, nie mają pojęcia, co to znaczy. Jeżeli ich zmuszę, by spróbowali jakoś to objaśnić, większość twierdzi, że chodzi o kogoś, kto ma prawie wszystko i jest tak rozpieszczony, że brakuje mu tylko ptasiego mleka. A przecież ten, który jest szpakami karmiony, to człowiek cwany i zaradny, wychodzący z każdej opresji, jak Sienkiewiczowski pan Zagłoba. Co ciekawe, niektóre idiomy niepostrzeżenie zmieniają znaczenie. Okazuje się na przykład, że sformułowanie „pokazać lwi pazur” występuje teraz przede wszystkim w tekstach dziennikarzy sportowych, w zdaniach typu: „Śląsk Wrocław pokazał lwi pazur w dziewięćdziesiątej minucie meczu i strzelił gola”. To nowe znaczenie zostało już nawet odnotowane przez jeden ze słowników. Język się zmienia i nie ma sensu walczyć z wiatrakami.

Pewnych wyrazów czy zwrotów przestajemy używać także dlatego, że nas po prostu znudziły?

Słowa się wycierają, mówiąc nieładnie. A my, jako użytkownicy języka, chcemy być atrakcyjni – próbujemy zaskakiwać rozmówcę i dlatego ciągle odświeżamy pewną część swojego słownictwa. Jako młody człowiek witałem się z kolegami włoskim „Ciao!”. A jeśli nadepnąłem komuś na nogę w tramwaju, odruchowo mówiłem „Pardon”. Wtedy nam się wydawało, że te słowa zostaną z nami na zawsze. Dlatego, jeśli teraz ktoś mnie pyta, czy wyraz „sorki” w sposób niebezpieczny zaśmieca język, odpowiadam, że nie. Zniknie, bo przestanie być atrakcyjny. Im więcej osób będzie go używać, tym szybciej się zdewaluuje.

Na podobnej zasadzie marketing i reklama „zużywają” słowa?

Na początku poprzedniej dekady mieliśmy sklepy, potem zaczęły się pojawiać butiki, magazyny, salony, studia, galerie. A z drugiej strony – supermarkety. Ale szybko się okazało, że „super” to za mało, więc powstały hipermarkety. Może za chwilę będziemy mieć megamarkety? Zdecydują o tym nadawcy komunikatu, czyli ci, którzy stwierdzą: „Nasz sklep jest większy niż hipermarket konkurencji i musimy coś z tym zrobić”. Czym to się skończy? Nie wiadomo.

Zmiany w języku mają też związek z polityką?

Tak, choć teraz w o wiele mniejszym stopniu niż w okresie PRL-u. W systemach politycznych zamkniętych, w których istnieje cenzura, pewnym słowom można na przykład odgórnie zmienić znaczenie. To, co dziś powinno niepokoić użytkowników polszczyzny, to pęknięcie ideologiczne, które sprawia, że coraz trudniej nam się porozumieć – używamy tych samych słów, ale różnie je wartościujemy. Kłopot może sprawiać nawet przymiotnik „europejski”.

Na jakie zmiany warto jeszcze zwrócić uwagę?

Dla mnie ciekawe jest to, co stało się z naszym słownictwem dotyczącym pieniędzy i ekonomii. Było ono bardzo rozbudowane przed wojną, a potem zostało zamrożone na prawie 50 lat. O „cesjach”, „obligacjach” czy „podatkach od wartości dodanej” słyszeli tylko fachowcy. W sklepie dostawaliśmy paragony, nieliczni mieli konta w banku i to było wszystko. A teraz słowo „przelew” jest używane niemal w każdej rodzinie, na co dzień. To niewiarygodne, jak społeczeństwo szybko nadrobiło braki.

Zmiany w języku są nieuniknione?

Dotyczą każdego żywego języka naturalnego. Zachodziłyby nawet wtedy, gdybyśmy się – jako społeczność – całkiem zakonserwowali.

Dlaczego tak się dzieje?

W każdym języku ścierają się sprzeczne tendencje – z jednej strony tendencja do optymalizacji, do unikania wysiłku, a więc do tego, by użytkownicy porozumiewali się w jak najprostszy sposób, a z drugiej strony – tendencja do wyrazistości. I to jest powodem głębokich zmian, np. prowadzących do zanikania pewnych kategorii gramatycznych albo pojawiania się nowych. Już teraz można na przykład przewidzieć, że w przyszłości będziemy mieć mniej niż siedem przypadków. Wiadomo też, że jako pierwszy zniknie celownik. Można nawet wskazać regiony Polski, które bez celownika całkiem dobrze sobie radzą. Tak jest już na Białostocczyźnie, gdzie się nie pożycza książki ojcu, ale „dla ojca”. Ten nowy zwrot jest wystarczająco komunikatywny i wyrazisty, a jednocześnie prostszy, bo nie trzeba pamiętać dodatkowej formy. To bardzo ciekawe z punktu widzenia lingwisty, a zupełnie niezauważane przez zwykłych użytkowników języka.

My dostrzegamy przede wszystkim groźne anglicyzmy?

Przy różnych okazjach pytam, dlaczego podnosi się taki alarm w związku z anglicyzmami? Rzeczywiście, mamy ich sporo, może nawet trochę za dużo. Ale ta moda minie, tak jak mija dziecięca choroba zakaźna. Nie takie tragedie język polski przeżywał. Zapożyczeń z łaciny czy z francuskiego było bez porównania więcej. Moim zdaniem znacznie groźniejsze jest stosowanie obcojęzycznych konstrukcji składniowych, np. mówienie „wydawał się być gruby” zamiast po prostu „wydawał się gruby”. Czasem przejmujemy całe modele zachowań, obce naszej kulturze, np. wszechobecne w mediach zwracanie się do rozmówcy na „ty”. Czuję się zażenowany, kiedy słyszę, jak prowadzący teleturniej 30-latek zadaje 70-letniej kobiecie pytanie: „Skąd przyjechałaś?”.

Dużo się też mówi o ubożeniu języka. Co to właściwie znaczy?

Termin „język” jest wieloznaczny. Jeśli rozumiemy go tak, jak językoznawcy, czyli jako kod, którym posługuje się społeczność, to nie znajdziemy argumentów potwierdzających tezę, że ubożeje. Wręcz przeciwnie – można nawet powiedzieć, posługując się słownictwem kościelnym, że się „ubogaca”.
Ale słowo „język” ma też potoczne znaczenie – mówi się o języku „Pana Tadeusza”, analizuje się język Mickiewicza. W tym sensie język przeciętnego Polaka młodszej generacji ubożeje. Po pierwsze dlatego, że mniej się teraz w szkole czyta, a to sprawia, że zmniejsza się też zasób słownictwa biernego, np. związanego z dawnymi realiami. A druga sprawa to zmiana sposobu komunikowania się. Komputery i telefony komórkowe sprawiły, że język staje się tylko narzędziem podtrzymywania kontaktu. Jego użytkownicy nie dbają o formę, bo ich komunikat istnieje tylko przez moment. Kompletnie nie ma dla nich znaczenia, czy napiszą „duże, „durze”, „duze” czy „dooze”. A jeśli ten ktoś, z kim się kontaktują, nie do końca zrozumie przekaz, ale uzna go za śmieszny, to jeszcze lepiej. Razem z magistrantami śledziliśmy zapisy czatów. Okazało się, że ludzie potrafią godzinami siedzieć przy komputerze i czatować, a potem zupełnie nie da się powiedzieć, o czym była mowa. Jest tylko: „hej”, „hejka”, „siemasz”, „co tam”, „a co słychać”, „fajnie”, „niefajnie”. Zero jakiejkolwiek treści, tylko emocje, żarty, zabawy słowami. To instrumentalne używanie języka.

Brzmi niezbyt optymistycznie.

A trzeba jeszcze do tego dodać, że stopień zwulgaryzowania wypowiedzi przeciętnego Polaka przerasta średnią europejską. I zaczyna to zwracać uwagę cudzoziemców, szczególnie Słowian, którzy rozpoznają polskie wyrazy. Dla wielu dzisiejszych dwudziestolatków język to jest taka magma – wydaje im się, że każde słowo czy zwrot mogą w każdej chwili zastosować. Nie odróżniają języka oficjalnego od slangowego. I to też jest proces, który mnie niepokoi, znacznie bardziej, niż napływ anglicyzmów. Bo zawsze jest moda na jakąś kulturę, która wydaje się atrakcyjniejsza. To nieuchronne. Natomiast jeśli duża część społeczności przestaje traktować język – jeden z najistotniejszych elementów swojego dorobku kulturowego – jako wartość, zaczyna się robić niebezpiecznie.

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2017.

OJczysty - dodaj do ulubionych