logotyp
Dr Tomasz Korpysz

Dr Tomasz Korpysz jest kierownikiem Katedry Historii Języka Polskiego na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, pełni również funkcję kierownika Pracowni Słownika Języka Cypriana Norwida na Uniwersytecie Warszawskim. Jego zainteresowania naukowe to m.in. komizm językowy, język artystyczny, kultura i stylistyka języka polskiego, twórczość Cypriana Norwida.

Ścieżka, która biegnie do lasu

O tym, czym jest humorologia, dlaczego trudno nam sobie wyobrazić śmiejącego się Norwida i czy latać każdy może, opowiada dr Tomasz Korpysz

rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Czym jest komizm językowy?

To bardzo trudne pytanie! A właściwie pytanie jest łatwe, ale odpowiedź na nie – bardzo trudna. Odkąd ten termin pojawił się w polszczyźnie, jest wieloznaczny. Najczęściej komizm jest uznawany za najszerszą kategorię, obejmującą wszystkie zjawiska śmieszne (a według części badaczy – nawet niektóre nieśmieszne), a więc także np. gafy i przejęzyczenia albo teksty, które powstały sto czy dwieście lat temu i bawią nas dziś – prawdopodobnie wbrew intencjom ich autorów – z powodu dziwności językowej czy nietypowego sposobu opisywania rzeczywistości. Zgodnie z tą koncepcją humor to typ wysublimowanego, delikatnego, nieagresywnego komizmu. W tradycji anglosaskiej jest odwrotnie – to właśnie humor jest kategorią nadrzędną. A trzeba wspomnieć jeszcze o koncepcji Danuty Buttler, która za najszerszą kategorię uznała dowcip językowy.

Ze szkoły pamiętam tradycyjny podział na komizm postaci, sytuacji i komizm słowny.

To jeszcze inny problem związany z rozumieniem komizmu, który w takim ujęciu jest zjawiskiem dotyczącym rzeczywistości – to różne jej elementy nas śmieszą. Warto podkreślić, że te trzy wymienione typy komizmu często się ze sobą łączą. Znakomitym przykładem jednoczesności komizmu postaci, sytuacji i języka jest np. zakończenie „Pierścienia Wielkiej Damy” Cypriana Norwida – autora, który przecież z komizmem w ogóle się nie kojarzy. Bohater dramatu, bardzo ironicznie sportretowany, noszący znaczące nazwisko „Durejko”, próbuje sam sobie oddać ukłon i nawiązując do znanego teatralnego motywu, nazywa przy tym siebie „ex-machiną”. To doskonały przykład, jak wszystkie trzy typy komizmu zostają wykorzystane do karykaturalnego przedstawienia zadufanego w sobie szlachcica.

Niektóre mechanizmy są chyba wspólne dla różnych typów komizmu?

Tak, śmieszy nas np. nagromadzenie zbyt wielu elementów, nienaturalny przerost pewnych zjawisk, ich powtarzalność czy też najbardziej uniwersalne zjawisko, jakim jest kontrast. Na różne sposoby wykorzystują te mechanizmy i pisarze, i malarze, i twórcy muzyki czy sztuk wizualnych.

Przyjrzyjmy się bliżej komizmowi językowemu.

Można o nim mówić, odnosząc się do różnych poziomów języka. Zacznijmy od fonetyki. Autor może np. naśladować gwarę, przejaskrawiając niektóre charakterystyczne dla niej sposoby wymawiania głosek, albo kazać swojemu bohaterowi seplenić. Wiele tego typu zabiegów ma ośmieszać osoby tak mówiące, ale czasem ma na celu przerwanie poważnej tonacji, co wiąże się wówczas z kontrastem. Znów przywołam Norwida: w poemacie „Quidam”, mówiącym o początkach chrześcijaństwa, pewien rzymski retor bardzo podniośle opowiada o rzeczywistości, ale przy tym sepleni, zapluwa się i na koniec ociera sobie usta ze śliny. To w oczach czytelnika od razu kompromituje jego samego i to, co mówi, wywołuje też, rzecz jasna, efekt komiczny. W kontekście zabiegów fonetycznych warto też wspomnieć o komizmie rymów, który polega na tym, że modyfikuje się jakieś słowo tylko po to, by zrymowało się z innym. W jednej z piosenek Jeremiego Przybory jest np. taki dwuwers: „A szwagier, który tyra, / Aż w piersiach dech zapira”. Ze względu na zderzenie formy regionalnej z wyrazem obcym jeszcze ciekawszy jest przykład z wiersza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego pt. „Modlitwa polskiego poety”: „Już Heraklit powiedział z lwowska PANTA RHEI, / PANTA RHEI, ale nic si nie dziei”.

Można się też bawić odmianą wyrazów.

Tak, kiedyś często dodawano polskie końcówki do łacińskich słów albo odwrotnie, np. „pieniądze zbieramus”. Czasem też odmienia się wyrazy nieodmienne lub też stosuje się odmianę niepoprawną. Taki zabieg wykorzystał np. Juliusz Słowacki w poemacie „Beniowski”: „– Na to Starosta krzyknął „protestuję / Przeciwko zdradzie haniebnej waszmościów / Jako Rzymianin z zamku ustępuję. / Mieć nie będziecie nawet moich kościów.” – / Tu mi czytelnik zapewne daruje / Trochę w tej mowie niegramatycznościów. W polszczyźnie fleksja rzeczywiście często może być wykorzystywana do osiągnięcia efektu komicznego. Ale jeszcze więcej możliwości daje słowotwórstwo – możemy choćby wymyślać dziwne i zaskakujące swoją formą wyrazy, np. tworzyć zdrobnienia od słów, które tradycyjnie ich nie mają, np. „bydlaczek” albo „idejka”.

Niektóre takie zabiegi są bardzo proste i nie wymagają od odbiorcy właściwie żadnego namysłu.

Owszem, jednak tzw. „prawdziwy komizm” – jak się czasem mówi – opiera się zawsze na dwuplanowości semantycznej, a więc na zmianach znaczenia, grze na znaczeniach. Wykorzystuje więc np. wieloznaczność czy homonimię. Łatwo to wyjaśnić na przykładzie klasycznego dowcipu o leśniczym. Otóż siedzi on sobie spokojnie w leśniczówce, jest poranek, cisza, spokój, nagle słyszy jakiś hałas, tupot, więc wygląda przez okno, a tam ścieżka biegnie do lasu... Aby zrozumieć żart, odbiorca musi tu dokonać analizy znaczeniowej końcowej konstrukcji.

Ale bywa jeszcze inaczej. Czasem coś nas śmieszy tylko dlatego, że znamy inny tekst kultury, do którego nadawca komunikatu się odwołuje.

To komizm intertekstualny, wymagający nie tylko poczucia humoru, lecz także pewnej wiedzy. Doskonale wykorzystuje go np. Bartosz Wierzbięta, autor polskiego tłumaczenia m.in. „Shreka”. Kiedy osioł, jeden z bohaterów filmu, głosem Jerzego Stuhra śpiewa: „Latać każdy może…”, nie każdy widz wychwytuje aluzję i rozumie ten dowcip. Ten przykład pokazuje ważną rzecz – komizm językowy często jest elitarny. Nie wszyscy śmiejemy się z tego samego, zdarza się, że ktoś nie rozumie dowcipu. Mówi się nawet o „kompetencji humorystycznej” czy „kompetencji komicznej”. Chodzi nie tylko o poczucie humoru, ale o coś więcej – o wyczulenie na humor, o znajomość pewnych konwencji i „kodów” humorystycznych, o to wszystko, co sprawia, że jesteśmy w stanie znaleźć nawet drobne sygnały żartobliwości wplecione przez nadawcę w tekst i rozumiemy je właściwie. Oczywiście, to się zmienia wraz z naszym wiekiem i doświadczeniem.

A jakie funkcje pełni ten szeroko rozumiany komizm?

Po pierwsze czysto ludyczne, tzn. służy temu, żeby wyrazić afirmację rzeczywistości. Żartujemy, żeby wprowadzić lub podtrzymać dobry nastrój, żeby w towarzystwie cieszyć się ze swojej obecności, z tego, jak jest tu i teraz. Często humor jest przy tym elementem spajającym grupę, mówimy wtedy o „wspólnocie śmiechu”. Ktoś, kto nie rozumie dowcipu albo nie jest do niego dopuszczany, zostaje tym samym wykluczony z grupy. Po drugie humor pełni funkcję aksjologiczną, tzn. wartościującą. W II poł. XIX wieku zaczęło się mówić o humorystach jako o ludziach, którzy dostrzegają śmieszność oraz paradoksalność świata i opisują to z łagodnym dystansem, z pewną dobrotliwością. Na drugim krańcu osi mamy humor satyryczny, szyderczy, który zwykle jest agresywny, skierowany przeciwko czemuś albo komuś. W ten sposób można potępić negatywne zjawiska, ale zrobić to w żartobliwej, a więc łatwiejszej do przyjęcia formie. Znana anegdota mówi, że tyran najbardziej boi się ośmieszenia, bo przestaje się wtedy wydawać tak groźny.

Czasem śmieszność łączy się z tragizmem, komizm z powagą.

To może nas doprowadzić do groteski, ale nie musi. Czasem mamy do czynienia po prostu ze swego rodzaju „przerywnikami” komicznymi, rozładowującymi napięcie. Niekiedy też komizm czy raczej humor staje się pewną postawą człowieka wobec świata, sposobem funkcjonowania w rzeczywistości, który pozwala zachować godność w sytuacji granicznej. Norwid w jednym z listów pisze, że jest tak udręczony, że może już tylko płakać albo żartować. Humorem reaguje nawet na zło, które dotyka go bezpośrednio. Komizm staje się środkiem obrony przed nieszczęściem, pomaga się wobec niego i samego siebie zdystansować. To tutaj nawet coś więcej niż tzw. „śmiech przez łzy”.

Czasem, z różnych powodów, nie jesteśmy w stanie albo nie chcemy o pewnych sprawach mówić serio.

Tak, bo to jest dla nas np. zbyt trudne. Często np. ktoś, kto boi się, że popadnie w czułostkowość albo patos, używa maski komicznej, by się przed tym bronić. W ten sposób trochę wkraczamy na teren ironii, która może być i prześmiewcza, i tragiczna, zupełnie nieśmieszna.

Czy są twórcy, prócz Norwida, których nie podejrzewalibyśmy o wykorzystywanie komizmu, a jednak możemy go u nich znaleźć?

Jest ich na pewno wielu. Choćby Krzysztof Kamil Baczyński. W jego wierszach niemal wszechobecny jest tragizm, wyraźna jest też bardzo ciekawa, wielopoziomowa refleksja nad sobą samym i nad uwikłaniem w zło, ale znajdziemy w nich też fragmenty żartobliwe. Używa on np. prostego mechanizmu fonetycznego, opisując mieszkanie swojego znajomego: „Jest tam i z brązu Apollo, tak błyszczący, że aż oczy bollą”. W tym samym utworze stosuje też modyfikację fleksyjną: „Niech skołatana nawa zawinie do brzegu, / a wtedy nie zapomnij o dawnym kolegu”. To czysta zabawa, zło i tragizm świata nagle znikają. Takie komiczne wstawki, bardzo często pojawiające się niespodziewanie w tekstach całkiem poważnych, są sposobem na rozładowanie napięcia emocjonalnego, pozwalają czytelnikowi „złapać oddech”. Współcześnie bardzo dobrze ten mechanizm wykorzystują choćby twórcy filmów sensacyjnych.

Żartowali też romantycy?

Poza komediopisarzami, jak Fredro, czy satyrykami? Oczywiście, choć długi czas tego nie zauważano, bo to nie pasowało do koncepcji wieszcza. Proszę sobie wyobrazić śmiejącego się Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego czy Norwida! Ale przecież autor „Dziadów” w swojej wczesnej twórczości bawił się np. tłumaczeniami tekstów klasycznych, ile też różnorodnego komizmu jest w „Panu Tadeuszu”! Słowackiego już przywoływaliśmy. Jeśli chodzi o Krasińskiego, to znakomite przykłady znajdziemy zwłaszcza w korespondencji. A Norwid nie tylko posługiwał się ironią czy tworzył wysublimowane żarty językowe, ale też bawił się językiem, napisał też wierszyk o kocie oparty na porównaniu go do górala, który przemyca towar przez granicę! Nasi wielcy romantycy niewątpliwie mieli poczucie humoru i dawali mu wyraz w swoich tekstach, choć badacze tego długo nie opisywali.

Trochę to było wstydliwe?

Tak, bo takie pisanie jakby nie pasowało do sytuacji historycznej, wydawało się też nie mieć jakiegoś konkretnego celu. Mam wrażenie, że zwykła zabawa słowami, nie służąca np. wyśmiewaniu zła, była w polskiej kulturze wysokiej długo niedostrzegana.

Dziś za to doceniamy humor w twórczości „poważnych poetów”, np. Wisławy Szymborskiej czy Stanisława Barańczaka.

Humor i komizm niewątpliwie stały się ważnymi sposobami opisu świata, a polska humorologia od kilkunastu lat jest ogromną dziedziną wiedzy. Filozofowie, socjologowie, psychologowie, antropologowie, estetycy, literaturoznawcy i językoznawcy starają się z różnych perspektyw pokazać, jak istotny jest dla nas komizm i jak różne ma on oblicza.

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2018.

OJczysty - dodaj do ulubionych