logotyp
Paweł Tkaczyk

Paweł Tkaczyk zarabia na życie opowiadaniem historii. Napisał bestsellerowe książki „Zakamarki marki”, „Grywalizacja” i „Narratologia”. Prowadzi wykłady i szkolenia, jest mówcą publicznym.

Dam się zaskoczyć

O tym, kiedy lepiej brnąć, niż jechać, dlaczego warto wysłać Gordona Ramsay’a na górską wycieczkę i jak żonglować wartością, opowiada Paweł Tkaczyk, autor „Narratologii”

rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Czym się różni mówienie od opowiadania?

Można pięknie mówić o niczym. A opowiadanie ma treść, strukturę, wywołuje emocje. Musimy zaplanować, czy opowiemy historię o ważnej dla nas osobie, o miejscu, czy o tym, co się nam przydarzyło. Powinniśmy też podjąć decyzję od czego zaczniemy i czym zaskoczymy czytelnika albo słuchacza.

Na okładce „Narratologii” przeczytałam, że umiejętność opowiadania historii tkwi w każdym z nas, trzeba ją tylko wydobyć. To prawda?

Tak, opowiadanie jest dla nas zupełnie naturalne. Kiedyś spotykaliśmy się przy ogniskach i za pomocą opowieści przekazywaliśmy sobie wiedzę o świecie. Teraz często jesteśmy wtłoczeni w niewygodne formy i role, silimy się, żeby mówić np. o tym, co robimy, w sposób wyszukany, naukowy i skomplikowany. A nie o to chodzi. Dobre opowieści są naprawdę bardzo proste. Ucząc się, z jakich klocków są zbudowane i pracując nad jakością tych klocków, możemy szlifować swoje umiejętności.

Tak radzą też specjaliści z amerykańskiej wytwórni Pixar, która ma na swoim koncie takie filmy jak „Toy Story” czy „Gdzie jest Nemo?”. Mówią: „Rozbieraj na części opowieści, które lubisz. Naucz się rozpoznawać elementy, które Ci się w nich podobają. Dopiero wtedy będziesz mógł ich używać”.

Oczywiście klocki możemy układać zgodnie z instrukcją i wyjdzie nam wtedy coś poprawnego. Możemy też pracować w totalnym chaosie i pewnie efekt nie będzie najlepszy. Ale jeśli wykorzystamy swoją wiedzę, umiejętności i wyobraźnię, mamy szansę zbudować coś niesamowitego. Dlatego rozkładanie opowieści na elementy jest takie ważne. Jeśli będziemy się przyglądać, co i jak działa w opowieściach innych, łatwiej nam będzie wykorzystywać te klocki do budowania własnych opowieści.

Jakie opowieści warto rozbierać na części?

Wszystkie. Filmy animowane Pixara, bajki Disneya, przedstawienia teatralne, książki, dowcipy, seriale, programy telewizyjne.

Dla kogo umiejętność opowiadania historii jest ważna? Tylko dla pisarzy, scenarzystów, specjalistów od marketingu i reklamy?

Dla wszystkich, którym zależy na sprzedaży swoich idei i pomysłów, a więc np. także dla nastolatka, który próbuje przekonać mamę, by puściła go samego na wakacje albo pracownika, który negocjuje z szefem podwyżkę.

Na czym polega rola opowiadacza historii nazywanego często storytellerem?

Niestety to, co się nam przydarza, rzadko kiedy jest ciekawe. Na co dzień nie trafiają nam się epickie wyzwania, nie musimy ratować świata, tylko odrobić pracę domową albo przygotować raport dla szefa. Zadaniem storytellera jest takie zaczarowanie rzeczywistości, które ja nazywam żonglowaniem wartością. Nawet te niezbyt wymagające wyzwania mogą stać się początkiem ciekawej opowieści, jeśli odbiorca nie będzie pewny, czy bohater im sprosta. Storyteller musi więc trochę obniżyć wartość bohatera i wyjaśnić, dlaczego wyzwanie jest dla niego trudne, a z drugiej strony podwyższyć wartość celu i pokazać, dlaczego osiągnięcie go jest ważne. Wtedy pojawia się napięcie i dramatyzm, słuchacz albo widz myśli: „okazja jest szczególna, ty nie jesteś specjalnie predysponowany do tego, by sobie poradzić, warto sprawdzić, czy ci się uda, czy nie”.

Dlaczego te opowieści tak na nas działają? Chodzi o emocje?

Emocje sprawiają, że przeżywamy opowieści tu i teraz, ale też dzięki emocjom opowieści zostają w nas na bardzo długo.

Jakie znaczenie dla opowieści mają metafory?

Jedna z moich koleżanek na pytanie, czym zajmuje się jej firma, odpowiedziała, że: „optymalizuje procesy wewnątrz zespołu”. To takie zdanie, w którym większość słów nic nie znaczy. „Optymalizuje” ma tysiąc kontekstów, „procesy” mają sto znaczeń, słowo „zespół” też wymaga doprecyzowania. Właściwie tylko „wewnątrz” jest dla nas całkiem jasne. To wyraz z tzw. języka mentalskiego, w którym formułujemy koncepty i który rozumiemy intuicyjnie. Tak jest np. z wyrazami „blisko”, „daleko”, „nisko”, „wysoko”, „lewo”, „prawo”. Intuicyjnie rozumiemy też ruch, a więc słowa „wznosić się”, „opadać”, „przyspieszyć”, „zwolnić”, i materię, czyli to, że coś jest zielone, twarde, przesypuje się albo przelewa między palcami. Te słowa natychmiast malują obrazy w naszych głowach. Dlatego są doskonałe do opisywania skomplikowanych, abstrakcyjnych konceptów. Jeśli mówimy o miłości jako o drodze dwojga ludzi, możemy też powiedzieć: „posuwasz się za daleko” albo „to dla mnie za szybko”. Tak samo jest z wiedzą, którą opisujemy jako materię. Można ją gromadzić, przekazywać dalej, bywa twarda albo miękka, jest jej dużo lub mało. Metafora jest potężną bronią. Nawet jak nie rozumiemy, czym właściwie zajmuje się firma, która rozkręca imprezy, metafora ruchu pozwala nam wyobrazić sobie rozkręconą imprezę i imprezę nierozkręconą oraz różnicę między nimi i poczuć, na której imprezie chcielibyśmy się znaleźć.

Wracając do optymalizacji procesów wewnątrz zespołu…

Szukaliśmy z koleżanką metafory, która mogłaby pokazać, czym się zajmują pracownicy jej firmy. Teraz jej odpowiedź brzmi: „Wyobraź sobie, że pieniądze twoich klientów to woda, a twój zespół zajmuje się jej zbieraniem. Pracownicy działają chaotycznie, biegają i wpadają na siebie, nie mają też potrzebnego sprzętu. Ja dam ci narzędzia i pokażę twojemu zespołowi, że może działać jak skoordynowany zespół strażaków”. W ten sposób „optymalizację procesu” zamieniliśmy w nadawanie porządku, likwidację chaosu, zmniejszenie ilości wody, która przecieka przez palce. A to jest sobie w stanie wyobrazić każdy z nas.

Mówi pan też o dynamice siły w języku. Jakie ma znaczenie?

Tę koncepcję zaproponował lingwista Leonard Talmy. Zwrócił uwagę na różnicę między słowami związanymi z poruszaniem się w przestrzeni, takimi jak „jechać”, „brnąć” i „wystrzelić”. „Jechać” jest neutralne siłowo, „brnąć” to poruszać się do przodu, mimo siły, która działa w przeciwnym kierunku, a „wystrzelić” oznacza, że szybko posuwamy się naprzód, bo popycha nas dodatkowa siła. Jeśli chcemy, by w naszych opowieściach były emocje, powinniśmy wystrzegać się czasowników neutralnych siłowo, a skupić na tych, w których widać dynamikę siły.

A czym jest iskra opowieści?

Opowieści mogą dotyczyć właściwie wszystkiego, ale te, które mówią o kimś ważnym, o ważnym miejscu albo o ważnym wydarzeniu, najlepiej w nas rezonują. Do tego dochodzą istotne tematy – dobrze rozumiemy opowieści o miłości we wszystkich wariantach, opowieści o powrocie i typowe lekcje, oparte na schemacie: „teraz już wiem, że…”. Jeśli jesteśmy tego świadomi, będziemy w stanie wymyślić historię, którą ludzie zrozumieją, poczują i w którą się zaangażują.

A czy każda dobra opowieść ma bohatera?

W każdej opowieści – i dobrej, i złej – musi być bohater, który ma cel i pokonuje przeszkody stojące mu na drodze do osiągnięcia tego celu. Druga rzecz niezbędna w opowieści to katharsis, czyli wstrząs emocjonalny, a trzecia to anagnorisis, czyli moment zaskoczenia.

Jaki powinien być bohater?

To ktoś, kto nie czuje się dobrze z tym, co ma zrobić. Wtedy wzbudza ciekawość. Wyobraźmy sobie kucharza Gordona Ramsay’a, który budzi się pewnego ranka i chce zjeść jajecznicę. Idzie więc do kuchni i sobie ją smaży. Taka opowieść jest do chrzanu. Ale jeśli skorzystamy z jednej z reguł storytellingu Pixara i zastanowimy się, w czym nasz bohater czuje się dobrze, a potem wrzucimy go w dokładnie odwrotne okoliczności, zrobi się ciekawie. Jeśli Gordon Ramsay nie umie się wspinać po górach, niech się wspina. Jeśli himalaista nie potrafi usmażyć jajecznicy, niech ją smaży. Wtedy widownia powie „ej, no musimy sprawdzić, czy mu się uda” i będzie kibicować naszemu bohaterowi.

Ma Pan ulubione opowieści?

Mnóstwo. Lubię bajki, np. o Czerwonym Kapturku czy Kopciuszku. Jestem wielkim fanem książki „Diuna” Franka Herberta, filmów Pixara i „Gwiezdnych Wojen”. Cenię też dobre reklamy, np. 1984 Apple Computer wyreżyserowaną przez Ridleya Scotta. Chciałbym móc jeszcze raz obejrzeć czy przeczytać swoje ulubione opowieści po raz pierwszy. Bardzo zazdroszczę ludziom, którzy mają to doświadczenie dopiero przed sobą.

Wśród reklam jest dużo dobrych opowieści?

Coraz więcej. W 2016 r. wzruszał nas dziadek, który uczył się angielskiego, żeby w święta porozmawiać z wnukiem. Teraz mamy świetną reklamę, w której dziewczynka idzie do szkoły i opowiada o tym, co osiągnie w życiu, a potem prawie wpada pod samochód. Morał jest taki, że najważniejsze są rzeczy, które mogą się nie wydarzyć.

Czy poznając nową opowieść, myśli Pan o klockach, z których jest zbudowana? Czy jest się Pan w stanie po prostu w niej zanurzyć i cieszyć fabułą?

Chyba nie da się tego oddzielić i to na wielu poziomach, także tym najbardziej podstawowym. Zaczynałem karierę jako projektant i typograf, więc kiedy otwieram gazetę albo książkę, od razu widzę, czy jest dobrze złożona, zwracam uwagę na ligatury i światła międzyliterowe. Potem czytam. I jeśli opowieść jest dobra, mogę się w niej zatracić. Ale z tego stanu czasem wyrywa mnie błąd formalny, np. źle użyte słowo. Zdarza się też, że od razu widzę schemat konstrukcyjny, ale mówię sobie: „wiem, którędy autor mnie prowadzi, ale dam się zaskoczyć, jeśli będzie chciał mnie zaskoczyć”.

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2017.

OJczysty - dodaj do ulubionych