logotyp
Monika Kwiecień

Monika Kwiecień należy do zespołu językoznawców z Uniwersytetu Warszawskiego realizujących projekt „Słowa na czasie”. Jest absolwentką studiów doktoranckich w Instytucie Języka Polskiego UW, interesuje się współczesnym językiem religijnym i politycznym.

Życie (wśród) słów

O tym, jak rezydenci wygrali ze smogiem, dlaczego proca mogłaby zostać wyrazem tygodnia i kim jest normik, opowiada Monika Kwiecień zajmująca się projektem „Słowa na czasie”

rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Ostatnio mam wrażenie, że ciągle słyszę i czytam o niepodległości – o święcie niepodległości, odzyskaniu niepodległości, marszach niepodległości. A wcześniej bez przerwy w głowie dźwięczał mi akronim RODO…

Jesteśmy odbiorcami i nadawcami rozmaitych komunikatów, więc żyjemy wśród słów. Niektóre z nich stają się dla naszej wspólnoty czy społeczności szczególnie ważne w jakimś momencie. Wcale nie musi chodzić o nowe zjawisko czy problem, ale o coś, na co akurat teraz zaczęliśmy zwracać uwagę, jak np. sytuacja osób niepełnosprawnych i ich opiekunów (słowa kwietnia i maja tego roku) czy znaczenie wyborów samorządowych (słowo września). Z naszych obserwacji wynika zresztą, że słowa na czasie są raczej zmienne i ulotne. Szanse na utrwalenie w pamięci, a nawet zostanie słowem roku, mają te, które nabierają wymiaru symbolicznego.

Dlaczego warto przyglądać się wyrazom, które w danym dniu, tygodniu, miesiącu czy roku były dla nas ważne?

To tak, jakbyśmy patrzyli na witraż skonstruowany z bardzo wielu różnokolorowych elementów. Widziane osobno, wydają się nie pasować do reszty i nic nie znaczą. Oglądane jako całość, pozwalają w mgnieniu oka zobaczyć ważne wydarzenia, odzwierciedlone w słowach.

Obserwując te wyrazy, można zauważyć pewnie też wiele ciekawych zjawisk językowych?

Interesujące są np. procesy, którym podlegają całkiem nowe słowa, na przykład zapożyczenia, które na początku mają rozchwianą pisownię. Tak było z brexitem, który teraz coraz bardziej zaczyna przypominać rzeczownik pospolity. Odmieniał się wprawdzie od początku i można było tworzyć od niego formy pochodne, a także wyrazy analogicznie zbudowane – jak ostatnio polexit, ale kilkanaście miesięcy temu pisaliśmy ten wyraz tylko wielką literą i pojawiał się razem z wyjaśnieniem, co oznacza. Nie wiemy, czy to ważne teraz słowo w przyszłości wejdzie do czynnego słownika Polaków, czy przeciwnie. Sama jestem ciekawa, jak się losy rozmaitych wyrazów potoczą.

A jak się odławia słowa-klucze?

Można je wychwytywać na różne sposoby. My posługujemy się metodą statystyczną. Źródła naszego projektu „Słowa na czasie” są związane z początkami prac nad korpusami polszczyzny, czyli takimi zbiorami tekstów, które powstają m.in. po to, by można było prowadzić badania językoznawcze. Zanim dołączyłam do zespołu projektowego, śledziłam benedyktyńską pracę dr Doroty Kopcińskiej, która codziennie odławiała i opisywała kluczowe wyrazy poprzedniego dnia, korzystając ze specjalnego programu komputerowego stworzonego przez dra Piotra Pęzika z Uniwersytetu Łódzkiego. Nadal tak robimy. Monitorujemy wiadomości prasowe z wydań internetowych siedmiu dzienników ogólnopolskich: „Rzeczpospolitej”, „Gazety Wyborczej”, „Dziennika Gazety Prawnej”, „Polska. The Times”, „Faktu”, „Super Expressu” i „Naszego Dziennika”. Wybieramy słowa o szczególnie wysokiej frekwencji w danym dniu, w porównaniu z ich frekwencją w ubiegłym roku. Przyglądamy się kontekstowi, w którym się pojawiają, i przygotowujemy opis lingwistyczny na stronie projektu „Słów dnia” (http://slowadnia.clarin-pl.eu). I tu, i w komentarzach do słów miesiąca unikamy publicystyki. Wybór słów dnia nie może być mechaniczny, bo program czasem popełnia błędy, np. skrót proc. od słowa procent uznaje za dopełniacz liczby mnogiej rzeczownika proca. I może się okazać, że to proca jest słowem dnia!

Co mogłoby się dalej stać z procą?

Ze słów dnia powstają tygodniowe zestawienia, w następnej kolejności wybieramy z nich słowo miesiąca. Nie kierujemy się wyłącznie wysoką frekwencją – czasem decydujemy się na taki wyraz, który jest w pierwszej dziesiątce najczęściej pojawiających się w prasie i ma interesującą historię, etymologię, skojarzenia kulturowe albo potencjał słowotwórczy. Jest sporo słów pozornie bezbarwnych i pozbawionych blasku, zwyczajnych, przezroczystych, jak powódź, zamach czy miasto, które kryją w sobie ciekawą przeszłość albo mają ogromną żywotność i wchodzą w ciekawe związki z innymi wyrazami. Ja najbardziej lubię obserwować te, które mają w sobie długie trwanie i wokół których przyrastają nowe słoje. O tym wszystkim piszemy w komentarzach publikowanych na stronie „Słów na czasie”: www.slowanaczasie.uw.edu.pl.

Słowa miesiąca trafiają na listę wyrazów, z których wybierane jest słowo roku?

Tak. Nasz plebiscyt trwa od 2011 r. Początkowo brali w nim udział tylko językoznawcy, a od 2014 r. także internauci wybierają swoje słowo roku. Co ciekawe, dotychczas tylko raz te dwa gremia były zgodne – w 2015 r., kiedy bezapelacyjnie wygrało słowo uchodźca. Ten wyraz lub inne związane z wielkim kryzysem humanitarnym zostały wtedy słowami roku w wielu krajach europejskich – od Hiszpanii po Rosję i od Skandynawii po Słowenię. Oczywiście budziły różne emocje w użytkownikach, gdy ci uznawali je za najistotniejsze.

A w 2017 r. polscy internauci zdecydowali, że słowem roku jest rezydent.

To było dla nas zaskakujące. Wydawało się nam, że wygra smog, który ostatecznie zajął drugie miejsce, przed puszczą. Językoznawcy z kolei postawili właśnie na puszczę, drugie miejsce przyznając smogowi, a trzecie konstytucji. Rok wcześniej internauci wybrali 500+, a kapituła – trybunał. W poprzednich latach językoznawcy docenili też kilometrówkę, gender, parabank i prezydencję.

Wygląda na to, że jesteśmy skoncentrowani przede wszystkim na rzeczywistości politycznej i społecznej.

Co ciekawe, polskie słowo roku nie musi spełniać żadnych szczególnych kryteriów. Po prostu ma być z jakichś subiektywnych powodów dla wybierających ważne. A na przykład we francuskojęzycznej części Belgii słowem roku może zostać tylko wyraz nowy, czyli taki, którego nie ma w najnowszym wydaniu najpopularniejszego słownika. W 2017 r. wygrała tam demokratura. My ten wyraz możemy znaleźć w tekstach z lat 30. XX w. Funkcjonował od tamtej pory między innymi w opracowaniach politologicznych w odniesieniu do państw, w których mimo pozorów demokracji rządy mają charakter autorytarny.

Czy są kraje, w których docenia się po prostu piękne słowa?

Tak! Na Litwie i Łotwie.

A czy są takie wyrazy, które cyklicznie powracają w polskich zestawieniach tygodniowych i miesięcznych?

Oczywiście. W styczniu gra Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, więc słowo orkiestra i skrótowiec WOŚP znów będą na czele listy, a my to odnotujemy, choć nie będziemy ich już opisywać. Chyba że z językowym życiem tych słów wydarzy się coś całkiem nowego i ważnego. A w lutym? Jakie słowo by pani typowała?

Miłość? Walentynki?

Nie! Tłustoczwartkowy pączek jest murowanym kandydatem na najczęściej pojawiające się słowo w lutym. Choinka, prezent i święta zdominują listę frekwencyjną w grudniu. W listopadzie aż nadto przewidywalne są cmentarz, grób i znicz. Powracają też słowa opisujące zjawiska przyrody – deszcz, upał, ale też powódź, nawałnica, silne mrozy. Bo prasa nas przed nimi ostrzega. Smog, który niemalże został słowem ubiegłego roku, też będzie cyklicznie wracał na nasze listy, dopóki się z nim nie uporamy.

Czy często wśród słów dnia, tygodnia czy miesiąca pojawiają się neologizmy?

To może być zaskakujące, ale nie. Jeśli już, są to raczej neosemantyzmy, czyli słowa, które zyskują nowe znaczenie. Częściej pojawiają się one w zgłoszeniach plebiscytowych na słowo roku. W kilku krajach doceniono np. ciekawe złożenie smombie, czyli połączenie słów smartfon i zombie. U nas też sporo jest osób, które chodzą po mieście i nie odrywają wzroku od ekranu telefonu. To znalazło odzwierciedlenie, ale w konkursie na młodzieżowe słowo roku, organizowanym przez PWN. Jury doceniło za oryginalność smartwicę. W tym konkursie pojawia się zresztą sporo słów oryginalnych, wymyślanych przez młodych ludzi. To często dowcipne, ciekawie zbudowane i zarazem zwięzłe słowa, jak mamadżer, czyli mama mająca wielkie umiejętności organizacyjne, albo normik, czyli zwyklak, a więc ktoś przeciętny. To słowa w gruncie rzeczy sympatyczne. Jak nieogar, czyli ktoś, kto nie ogarnia. Sama czasem jestem nieogarem. Bardzo podoba mi się też sformułowanie, że coś jest w trąbkę, czyli fajne.

W plebiscycie na młodzieżowe słowo roku w 2016 r. wygrał sztos.

Czyli coś fajnego, niesamowitego, szczęśliwego. To słowo znane już w XIX w. i zapomniane, które przeżyło swój renesans. To pokazuje, że słowa wędrują w czasie jak nasionka – czasem o nich zapominamy, a one tylko czekają na dobre warunki, żeby znów wykiełkować.

W niektórych krajach organizuje się też plebiscyty na antysłowa roku.

Tak, np. w Austrii i Niemczech, gdzie wskazuje się wyrazy szkodliwe, trujące społecznie, groźne. Takie, które poniżają, odbierają godność, służą manipulacji. W 2015 r., o którym już rozmawiałyśmy, niemieckim antysłowem roku został Gutmensch. Etymologicznie to dobry człowiek. W praktyce ten wyraz służył do złośliwego dyskredytowania osób, które starały się pomóc uchodźcom i argumentowały, że należy im pomagać.

W Polsce taki konkurs się nie odbywa?

Nieżyjący już prof. Walery Pisarek, który badał słowa-klucze metodą ankietową, wybierał wyrazy, które mogłyby trafić na sztandary z napisem „Niech żyje…!” i takie z napisem „Precz z…!”. Te drugie to byłyby właśnie antysłowa. Teraz mam wrażenie, że słowa miesiąca czy roku często odzwierciedlają nie tylko ważne tematy debaty publicznej, ale także polaryzację w społeczeństwie. To niejednokrotnie wyrazy, które nas dzielą. Chyba nie ma sensu dodatkowo szukać antysłów.

Za to warto zagłosować na słowo roku?

Bardzo do tego zachęcam. Wystarczy wejść na stronę www.sloworoku.uw.edu.pl i wybrać coś z zaproponowanego przez nas zestawu albo zgłosić swoje słowo. Jestem bardzo ciekawa, który wyraz tym razem wygra.

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2018.

OJczysty - dodaj do ulubionych