logotyp
Martyna Goździuk

Martyna Goździuk jest przewodnikiem po Warszawie specjalizującym się w dzielnicach prawobrzeżnych. W 2015 r. została prezesem Stowarzyszenia Gwara Warszawska.

Do kogo ta mowa?

O tym, czy w syrenim grodzie warto przepraszać za pardą, co znaczy git malyna i skąd się wziął wihajster opowiada Martyna Goździuk ze Stowarzyszenia Gwara Warszawska

rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Jak się witali warszawiacy?

Uszanowanie, jeśli miało być elegancko. Do znajomych mówili raczej serwus.

Wszyscy znali gwarę warszawską?

Używali jej przede wszystkim mieszkańcy Pragi, Woli, Targówka i Powiśla. Najczęściej pracowali w wielkich zakładach przemysłowych budowanych w stolicy od połowy XIX wieku, handlowali na bazarach albo mieli małe biznesiki poukrywane w kamienicach. Niestety za sprawą filmów i książek, które powstawały w czasach PRL-u, wiele osób myśli, że gwarą warszawską mówili tylko złodzieje i kryminaliści. Wystarczy obejrzeć choćby popularną komedię „Ewa chce spać”, w której tak właśnie jest. Co ciekawe, w filmach dla dzieci ten stereotyp przetrwał – jeśli pojawia się w nich jakiś podejrzany typ, bardzo prawdopodobne, że będzie mówić sznapsbarytonem z charakterystyczną dla gwary warszawskiej intonacją. Tak jest choćby w bajce „Delfin Plum”, w której Robert Więckiewicz użycza głosu rekinowi Szamie.

Gwara kojarzy nam się z językiem wsi. Czy istnieje coś takiego jak gwara miejska?

Nie wszyscy językoznawcy są co do tego zgodni. My wychodzimy z założenia, że tak. Ludzie, którzy przenosili się do stolicy z mniejszych miejscowości, przywozili tu ze sobą swój język. Włączali do niego te słowa czy frazy, które podsłuchali u sąsiadów z innych regionów Polski i wydały im się przydatne albo np. humorystyczne. Dlatego gwara warszawska była bardzo dynamiczna i zmieniała się tak szybko, jak szybko zmieniało się miasto. Znajdziemy w niej – siłą rzeczy – bardzo dużo elementów pochodzących z gwary mazowieckiej. Choćby tę słynną końcówkę „-ak”, która zrobiła zawrotną karierę. Mamy przecież warszawiaka, cwaniaka, szoferaka, ale też kurczaka i prosiaka. Most Poniatowskiego to Poniatoszczak, dworzec Wileński – Wileniak, plac Kercelego – Kiercelak, a park Skaryszewski – Skaryszak. W języku, którym mówiła warszawska ulica, można znaleźć historię miasta.

I specyficzną filozofię jego mieszkańców, choćby słynne „nie masz cwaniaka nad warszawiaka”.

Warszawiacy byli bardzo dumni z tego, że są warszawiakami. To było widać na każdym kroku. Gwarą warszawską mówili oczywiście prości, niewykształceni ludzie. Potrafili jednak jednym słowem czy zdaniem doskonale spuentować skomplikowaną sytuację, mieli poczucie humoru i mądrość życiową. Wystarczyło, że powiedzieli klawo albo do kogo ta mowa i od razu wszystko było wiadomo.

Używali też chyba wielu neologizmów?

Byli bardzo kreatywni. Jeśli coś się zmieniało w rzeczywistości wokół nich, zaczynali o tym mówić po swojemu. Dorożki nazywane były dryndami, bo miały koła obite metalem i kiedy jechały po warszawskim bruku, wydawały charakterystyczny odgłos. Tramwaj dzwonił i został dzyndzajem. Na taksówkarza mówiono cierpiarz. Dlaczego? A czy ktoś kiedyś widział zadowolonego taksówkarza? – odpowiedzieliby pytaniem na pytanie warszawiacy.

Do tego dochodziła pewna kwiecistość czy napuszoność stylu, która dziś nas bawi. Potrafili np. zwrócić się do sędziego Wysoka Amnestio…

To był bogaty język, warszawiacy używali wielu synonimów, często bardzo obrazowych. Zamiast stolica mówili syreni gród, włoszczyzna stawała się kwiatami z ogrodu królowej Bony. Prawdziwa poezja ulicy. W ten sposób przejawiała się też ich ambicja, by wejść do świata lepiej urodzonych. W miarę swoich możliwości, starali się pokazać, że mają coś wspólnego z wyższymi sferami. Dobrym przykładem jest to, co działo się w sądach grodzkich. Choć często mieściły się one w prywatnych mieszkaniach, warszawiacy traktowali całą sytuację procesową śmiertelnie poważnie. Próbowali udowodnić, że są dystyngowani i potrafią się elegancko wysławiać. Zdarzało im się jednak wszystko pomylić i np. zamiast Wysoka Instancjo powiedzieć Wysoka Eksmisjo czy Amnestio. Doskonale wychwycił to Stefan Wiechecki czyli Wiech, kronikarz gwary warszawskiej. Oczywiście sporo też wymyślał, ale jego teksty, szczególnie przedwojenne, to nasza biblia.

Przeróżne przeinaczenia to chyba jedna z najbardziej charakterystycznych cech gwary warszawskiej?

Niektórzy mówili np. kurtura, kalikatura, ratrelek, aligancki albo renament, słynna była elekstryczność występująca też w wersji ekscentryczność, można było usłyszeć o ankoholu, węglinie, tretuarze, czekuladzie, obikacji czy jemieninach. Często było tak, że ktoś niedokładnie jakieś słowo usłyszał i potem je powtarzał, a inni podchwytywali tę dziwną wersję. Czasem chodziło też o to, by mówić szybko, a np. zmiękczenia bardzo to ułatwiały – nie trzeba się było nagimnastykować aparatem gębowym, żeby uzyskać dobry efekt. Pewnie stąd wzięła się mniłość i chodzenie za rączkie.

A jak z zapożyczeniami językowymi?

Oczywiście mamy w gwarze słowa pochodzące z jidysz, np. trefny, któremu nadaliśmy nowe znaczenie, nazywając tak towar z nielegalnego źródła. Jest też wyraz git, który właśnie przeżywa renesans, jest i melina – pierwotnie bezpieczne miejsce, schronienie. Bardzo też lubię siksę – to słowo, które w jidysz oznaczało nieżydowską dziewczynę, zaczęło być używane w odniesieniu do dziewczyn, które próbowały być trochę za dorosłe, jak na swój wiek. W gwarze warszawskiej było też sporo wyrazów pochodzenia niemieckiego. W II połowie XIX wieku zakładali tu fabryki Niemcy, Szwajcarzy, Holendrzy. Ściągali ze swoich krajów zarządców i to oni szkolili polskich pracowników. Robotnicy, którzy używali niemieckich słów w pracy, zaczęli też po nie sięgać w życiu codziennym. Mój ulubiony przykład to słynny wihajster czyli spolszczony niemiecki zwrot wie heisst er – jak on się nazywa. Z drugiej strony mamy pochodzące z języka rosyjskiego ustrojstwo, zdecydowanie większe niż wihajster. Rosyjska jest też rozpiska, którą może być np. lista zakupów albo rozkład jazdy autobusów. W gwarze zdarzały się też francuskie wtrącenia, jak słynne przepraszam za pardą.

Dużo było w gwarze spontaniczności?

Oczywiście. Nikt nie siedział w domu i nie zastanawiał się, jak obsztorcuje kogoś, kto go ochlapie wodą z kałuży. Jak się taka sytuacja zdarzała, improwizował. Podobnie było z tzw. wiązankami bazarowymi czyli sposobem, w jaki zachwalało się swój towar albo np. obrażało drugiego handlowca, który stanął za blisko z podobnym asortymentem. Niestety nikt nie chodził po bazarach i nie nagrywał tego, co tam się działo, dlatego mamy bardzo mało materiałów. Zresztą warszawiacy nie bardzo chcieli, żeby ktoś to utrwalał. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia – właściwie na każdej fotografii z Kiercelaka jest ktoś, kto krzywo patrzy w obiektyw.

Z jednej strony warszawiacy potrafili się przymilać i zdrobnić chyba każde słowo – był i karawanik , i morduchna, i setuchna. Z drugiej – umieli powiedzieć prosto z mostu, że coś im się nie podoba.

Ich język był dosadny, ale nie wulgarny. W czasie pyskówek wykazywali się dużą kreatywnością i elokwencją. My ten element wykorzystujemy na warsztatach dla dzieciaków. Pokazujemy im, że można się w życiu zdenerwować i czasem trzeba komuś powiedzieć, że się źle zachowuje, ale nie ma konieczności, by sięgać po wulgaryzmy. A dorosłych uczestników warsztatów namawiamy np. do tego, żeby wymyślili, jak mogą po warszawsku zareagować, gdy ktoś w autobusie za głośno rozmawia przez telefon. Warszawiak, czy to rodowity, czy flancowany, jeśli czuje miasto, jest w stanie taką wiązankę wymyślić od razu. To podwójnie zabawne, jeśli w bardzo współczesnej sytuacji słyszymy np. nie mam życzenia słuchać jak pan mi tutej świergolisz.

Oczywiście wypowiedziane z odpowiednim akcentem.

Jeśli akcent pada na ostatnią sylabę, cała fraza staje się lekko zadziorna, charakterna i zawadiacka. Wystarczy powiedzieć z odpowiednią intonacją do kogo ta mowa i nie ma wątpliwości, w czym rzecz.

Leopold Tyrmand napisał, że jest jedna głoska, po której warszawiak od razu rozpozna warszawiaka. Jego zdaniem warszawskie „l” ma dźwięk owiniętego w flanelę metalu.

To „l” słyszymy np. w git malyna. Ono się nawet teraz wymyka starszym warszawiakom, którzy mówią bardzo poprawną polszczyzną, nie intonują po warszawsku i nie używają gwarowych słówek. Zresztą wtedy, gdy emocje biorą górę, ktoś jest szczęśliwy albo zdenerwowany, często odruchowo sięga po jakieś elementy gwarowe, choć na co dzień z nich nie korzysta. Pamiętam, jak kupowałam banany na bazarku na Szmulkach, na rogu ulicy Kawęczyńskiej i Radzymińskiej. Sprzedawczyni pomyliła się, wydając mi resztę, zwróciłam jej uwagę, a ona na to: „przepraszam za pardą”.

A w którym momencie gwara warszawska przestała być słyszalna na ulicach?

Po II wojnie światowej. Po pierwsze dlatego, że zniknęli ludzie, którzy się nią posługiwali. Ci, którym udało się przeżyć i wrócić do miasta, używali jej jeszcze w latach 50. Ale kiedy władze zaczęły prowadzić politykę homogenizacji, wszystkie gwary okazały się czymś niechcianym, niepoprawnym, niepasującym. Warszawiacy słyszeli, że tak nie wolno mówić, że trzeba się gwary wstydzić.

Czemu zajęłaś się gwarą warszawską?

Moja rodzina pochodzi z zachodu Polski, z miejsca, w którym mówiło się gwarą borowiacką. Ja jednak wychowałam się już w Warszawie, na Targówku, czyli w dzielnicy, w której są i bloki, i uliczki z przedwojenną zabudową. Kiedy byłam mała i chodziłam po okolicy, ciągle słyszałam dziwne słowa. Nie miałam pojęcia czym są np. bryle. Dopiero jako nastolatka wszystko sobie posprawdzałam. Na studiach zostałam przewodnikiem miejskim i zaczęłam się specjalizować w oprowadzaniu po dzielnicy Praga Północ. Tu jeszcze było można czasem usłyszeć warszawską gwarę i postanowiłam to wykorzystywać podczas moich spacerów. Potem poszłam na warsztaty prowadzone przez Stowarzyszenie Gwara Warszawska i tak się w to wszystko wciągnęłam, że od 2015 r. przewodniczę tej całej naszej ferajnie.

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2018.

OJczysty - dodaj do ulubionych