logotyp
Dr Marek Troszyński

Dr Marek Troszyński kieruje Centrum Badań nad Nowymi Mediami Collegium Civitas, jest również prezesem Fundacji Wiedza Lokalna. Główny obszar jego zainteresowań to wpływ nowych technologii na przemiany społeczne.

Język nie jest niewinny

O tym, dlaczego dżentelmeni nie rozmawiają o faktach i czy anonimowość w sieci jest tylko złudzeniem opowiada dr Marek Troszyński, socjolog z Collegium Civitas.

rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Jak nowe sposoby komunikacji wpływają na język, którego używamy?

Możemy powiedzieć, że internet to przecież nic nowego – posługujemy się nadal tekstem, obrazem i dźwiękiem. Ale rewolucja polega na tym, że teraz każdy z nas może być nadawcą komunikatu w przestrzeni publicznej, a jeszcze 20 lat temu istniała tylko jedna grupa, która była do tego uprawniona, czyli dziennikarze. I to był podział nie do przeskoczenia. Oczywiście można było napisać list do redakcji, ale na poziomie społecznym to było nieistotne. Teraz z sieci korzysta już 60 procent polskiego społeczeństwa i osoby te mają świadomość, że mogą zabrać głos na dowolny temat.

A więc napisać: „Ależ to głupie!”.

Albo opublikować cztery długie akapity z uzasadnieniem swojego zdania. Z jednej strony mamy więc do czynienia z upraszczaniem formy, kiedy najważniejsze wydaje się nam natychmiastowe przekazanie innym tego, co właśnie rodzi nam się w głowie. Stąd popularność emotikonów czy akronimów. Z drugiej strony komunikaty stają się polisemiczne – w tekście umieszczamy fragmenty filmów, zdjęcia, odnośniki do blogów czy serwisów internetowych. I to nie są gubiące się na dole strony przypisy, ale integralne elementy narracji. Cyfrowość mediów sprawia też, że jednym kliknięciem np. powiększamy fotografię, a używając metody „Ctrl+C – Ctrl+V” przeklejamy dowolny fragment artykułu prasowego.

Do tego dochodzi poczucie, że w internecie jesteśmy anonimowi?

A z punktu widzenia technicznego, wcale nie jesteśmy, ponieważ informacje o nas są rejestrowane. Nikt na razie nie poświęca uwagi, by mnie – Marka Troszyńskiego – śledzić w sieci. Ale to, jakie strony odwiedzam, co na nich piszę, jak długo je przeglądam jest analizowane. Na razie najczęściej na poziomie bardzo ogólnym, zbiorczym, ale jesteśmy coraz bliżej opisywania poszczególnych osób – ustalania, czym np. ktoś jest zainteresowany albo gdzie mieszka. Nie jesteśmy śledzeni w sieci, ale informacje o nas są rejestrowane. To ważne rozróżnienie.
Poczucie anonimowości ma natomiast związek z tym, że kontrola społeczna w internecie jest zdecydowanie słabsza, niż ta w świecie rzeczywistym. Dwadzieścia lat temu w sieci funkcjonowała niewielka społeczność ludzi, którzy organizowali się wokół pewnych tematów i mieli wspólną wizję świata. Jeśli ich celem było np. ratowanie ginących pand i zakładali forum, sami dla siebie ustalali zasady i egzekwowali ich przestrzeganie. Wtedy powstała ideologia internetu, mówiąca o wolności i niepodleganiu kontroli – oczywiście tej narzucanej z zewnątrz, bo ta wewnętrzna była bardzo silna. Teraz z internetu korzysta większość ludzi. Niestety niektórzy członkowie tej zbiorowości uważają, że wolność oznacza brak wszelkich norm społecznych.

Ich zdaniem w sieci można sobie na wszystko pozwolić?

Tak, bo kiedy do niej wchodzą, sądzą, że znaleźli się w jakiejś innej rzeczywistości. I to też jest relikt przeszłości – pozostałość z czasów, gdy internet był traktowany jak sztucznie wykreowane środowisko, w którym funkcjonują awatary. Kiedy triumfy święcił Second Life, wszystkim się wydawało, że można być smokiem z długim ogonem i jako smok rozmawiać z innymi. Ale sieć się zmieniła – teraz jestem w niej sobą. Internet stał się medium codziennego użytku – tu sprawdzam, czy dostałem wypłatę i kupuję sobie za nią buty. Mogę studiować i pracować on-line. A jeśli umawiam się na spotkanie za pośrednictwem sieci, to ta umowa nie obowiązuje mnie mniej, niż gdybym termin ustalił w czasie rozmowy twarzą w twarz. To nie jest wyimaginowany świat, to przestrzeń społeczna, w której funkcjonuję.

Komunikacja z osobami, które uważają, że jest inaczej, sprawia problemy?

Tak, bo skoro np. Janek23 uważa, że w sieci normy nie obowiązują, to nie ma kłopotu z tym, by wejść na forum dyskusyjne, naubliżać komuś, a potem się wylogować. Bez problemu napisze też radykalną opinię, dyskryminującą jakąś mniejszość. A przecież, gdyby siedział np. w restauracji, przez myśl by mu nie przeszło, by rzucić obelgę w twarz komuś jedzącemu obiad przy sąsiednim stoliku.
Na szczęście zdecydowana mniejszość używa w sieci języka, który jest z założenia niemerytoryczny, nastawiony na obrażanie innych i samą swoją formą ma pokazywać wyższość nad rozmówcą. Choć o „trollach” czy „hejterach” dużo się słyszy, musimy pamiętać, że w sieci można łatwo występować w różnych rolach i w wielu miejscach powtarzać ten sam komunikat. Tysiąc komentarzy nie oznacza, że tysiąc osób wypowiedziało się na jakiś temat. Niektórzy zmieniają nick, inni nawet się nie kryją, tylko wracają i powtarzają wiele razy: „Jednak uważam, że jesteś głupi”.

Dlaczego postanowił Pan z Fundacją Wiedza Lokalna zająć się monitorowaniem polskiego internetu pod kątem mowy nienawiści i języka wrogości?

Kiedy zaczynaliśmy, dwa lata temu, wyraźnie było widać podwójne rozumienie życia społecznego – obok tego „prawdziwego”, było też „nieprawdziwe”, czyli rzeczywistość wirtualna. Tylko trochę przesadzając, można powiedzieć, że ten sposób myślenia opierał się na takim założeniu – skoro nie ścigamy graczy komputerowych, którzy strzelają na ekranie do innych graczy komputerowych, to nie powinniśmy ścigać też tych, którzy znieważają innych w sieci. Chcieliśmy więc pokazać, że internet to przestrzeń publiczna, a zjawisko mowy nienawiści jest niezwykle złożone i powszechne, a nie marginalne, jak można było przypuszczać na podstawie analizy wyroków sądowych.

Dlaczego to takie ważne?

Wirtualna agresja może doprowadzić do realnej krzywdy. Język nie jest niewinny. To on buduje kontakty i relacje między ludźmi. A dzięki internetowi dostaliśmy szansę odbudowy przestrzeni publicznej, w której my – zwykli ludzie – znowu możemy mówić. Większość z nas woli milczeć, a komentować pewne sprawy tylko w gronie rodzinnym, prywatnie. I to dobrze, bo nie chodzi o to, by wszyscy nagle zabrali głos, ale by mieli poczucie, że jeśli chcą, mogą coś zmienić. Nie ustrój polityczny, czy prezydenta, ale np. przestrzeń wokół siebie. Wystarczy, że wezmą udział w dyskusji na lokalnym forum internetowym i ustalą z innymi, czy na placu przed blokiem zrobić płatny parking dla samochodów i z tych pieniędzy później wyremontować windę, czy urządzić tam plac zabaw dla dzieci. To, co się dzieje, kiedy myślimy, że w internecie można sobie bez konsekwencji „pokrzyczeć”, to jest destrukcja tej przestrzeni. Przyzwoici ludzie nie chcą brać udziału w rozmowie, w której ktoś nagle zaczyna innym ubliżać, czy używać argumentów ad personam. Wyobraźmy sobie, że spotykamy się w jakieś sali i nad czymś obradujemy, nagle ktoś otwiera drzwi i krzyczy: „Przewodniczący jest głupi!”. To nie jest typ dyskusji, który akceptujemy. Wolimy się wycofać.

Coś można z tym zrobić?

Im więcej się nad tym zastanawiamy i dyskutujemy, tym lepiej. Czasem musimy sami zakasać rękawy i wziąć się do pracy, a czasem coś się wydarza, np. pojawia się Facebook. Oczywiście nikt nam całkiem bezinteresownie nie dostarczy wygodnego narzędzia do komunikacji – jeśli chcemy z niego skorzystać, staniemy się nośnikami treści reklamowych, czy promocyjnych, które są przyklejane do naszego nazwiska, ale w zamian za to będziemy mogli porozumiewać się z wybranymi przez siebie osobami w bezpiecznej przestrzeni. Większość użytkowników występuje tu pod prawdziwymi nazwiskami i zamieszcza zdjęcia, a co ważniejsze, funkcjonuje w obrębie swojego świata społecznego. Samo porównanie sposobu komunikacji na Facebooku i na portalach, na których nie trzeba się logować, by zostawić komentarz, pokazuje rolę braku anonimowości w przebiegu dyskusji.

Internet zmienia nie tylko to, jak mówimy, ale też to, o czym mówimy?

Można – trochę tylko żartując – powiedzieć, że dżentelmeni nie rozmawiają już teraz o faktach. Bo jaki to ma sens, kiedy istnieje Google? Po co kłócić się na spotkaniu towarzyskim o wysokość Mount Everestu, jeśli możemy w dwie sekundy sprawdzić, kto ma rację? Możemy sensownie dyskutować tylko o opiniach, fakty są nam dane w Wikipedii.

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2018.

OJczysty - dodaj do ulubionych