logotyp
Dr hab. Krzysztof Fordoński

Dr hab. Krzysztof Fordoński jest filologiem angielskim specjalizującym się w historii literatury angielskiej i przekładzie literackim. Jest wykładowcą akademickim, pracownikiem Instytutu Komunikacji Specjalistycznej i Interkulturowej na Uniwersytecie Warszawskim.

Coś za coś

O tym, czy tłumacz może ze złej książki zrobić dobrą, dlaczego nie warto zamieniać sushi na bigos i skąd wiemy, kiedy Szekspir żartował, opowiada dr hab. Krzysztof Fordoński z Uniwersytetu Warszawskiego

rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Pamięta Pan książkę, której przetłumaczenie sprawiło Panu najwięcej kłopotów?

Tak, to „Swenney wśród drzew” Flanna O’Briena. Pracowałem nad tą książką pół roku, choć nie jest grubym tomiszczem. Autor parodiuje „Ulissesa”, bawi się stylem i językiem. Używa wielu wyrazów dziwnych i nieoczekiwanych, odwołuje się do rzeczywistości, która jest nam bardzo obca i stara się ją szczegółowo opisać. To taki wczesny irlandzki postmodernizm. Po 10 latach, gdy pojawiła się możliwość wznowienia tej książki, jeszcze raz ją przerobiłem. Rwałem sobie wtedy włosy z głowy – jak mogłem aż tak bardzo jej nie rozumieć?!

A nad którą książką pracowało się Panu najprzyjemniej?

Zdecydowanie nad „Frankym Furbo” Williama Whartona. Miałem wtedy 24 lata i byłem bardzo dumny, że tłumaczę tego autora. Chciałem się tą książką podzielić z innymi.

Często jest Pan niezadowolony z efektów swojej pracy?

Jeśli przypadkiem sięgnę po książkę, którą przetłumaczyłem jakiś czas temu, zwykle bardzo się na siebie denerwuję.

Czy tłumacz literatury musi być też pisarzem?

Absolutnie tak. Inaczej to, co wytworzy – celowo używam takiego słowa – nie będzie się nadawało do czytania. Ignacy Jan Paderewski powiedział, że kariera muzyka polega w 90 procentach na pracy i w 10 procentach na talencie. Z tłumaczeniem jest podobnie – 90 procent to praca, 5 procent to talent i 5 procent – umiejętności językowe.

Więc tłumacz jest jednak przede wszystkim rzemieślnikiem?

Ale to rzemiosło artystyczne. Dlatego tłumacz musi codziennie usiąść na kilka godzin przy biurku i rzeźbić, starając się, by to, co stworzy, było piękne.

Kiedyś tłumacze cieszyli się dużym uznaniem. Pamiętamy o Macieju Słomczyńskim, Stanisławie Barańczaku, Zofii Chądzyńskiej. Po 1989 r. sytuacja zmieniła się o całkowicie – nazwiska tłumaczy przestały być zauważane nawet przez recenzentów książkowych.

Szczęśliwie jest coraz lepiej. Powstało Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury, pojawiły się nagrody za najlepsze przekłady. Niektóre wydawnictwa umieszczają na okładkach książek nie tylko nazwiska autorów, ale i tłumaczy. Znani pisarze i poeci, np. Jacek Dehnel, podkreślają, że są też autorami przekładów. Mamy tradycję, do której warto wracać – Puszkina tłumaczyli przecież Tuwim, Ważyk, Brzechwa.

Niektórzy jednak ciągle twierdzą, że to komplement dla tłumacza, jeśli po lekturze książki nie zastanawiamy się nad tym, kto jest autorem przekładu.

Może w taki sposób sami próbujemy poprawić sobie humor? Lawrence Venuti, amerykański teoretyk przekładu, mówi, że tłumacz ma dwie możliwości – albo zachowuje dystans, by czytelnik poczuł, że tekst jest „obcy”, albo stara się stworzyć tekst, który będzie tak bliski czytelnikowi, jakby powstał w jego kręgu kulturowym. Zamiast zdania: „Kobieta w kimonie podeszła do stołu, na którym stała ikebana, i zaproponowała gościom porcję świeżego sushi” można by przecież napisać: „Kobieta w podomce podeszła do stołu, na którym stał bukiet bratków, i zaproponowała gościom porcję świeżego bigosu”. To udawanie, że wszystko dzieje się „u nas” sprawdza się jednak chyba tylko w bajkach dla najmłodszych dzieci.

A ma Pan swoich ulubionych tłumaczy?

Czytam na ogół po angielsku, ale jestem fanem Stanisława Barańczaka jako tłumacza poetów metafizycznych. On świetnie sobie radził, jeśli duch autora był mu bliski, a z poetami metafizycznymi łączyło go poczucie humoru i sposób patrzenia na poezję. Jeśli chodzi o przekłady Szekspira, cenię Barańczaka za to, że tam, gdzie trzeba, jego tekst jest śmieszny. Kiedy czytamy tłumaczenie Paszkowskiego, śmiesznie nie jest, czasem dzięki przypisom możemy się zorientować, że powinno być. To też pokazuje, że przekłady się starzeją. Oczywiście ciekawy może być przekład, który powstał w tej samej epoce, co tłumaczone dzieło, ale ile osób jest dziś skłonnych stawić czoła np. XVIII-wiecznej polszczyźnie?

Ale są i klasyki, które się nie zestarzały.

To przekłady kongenialne, np. „Kubuś Puchatek” Ireny Tuwim, który jest po prostu świetną książką dla dzieci. W oryginale jest ona niezwykle złożona językowo, a gry słów jest w stanie wyłapać tylko ktoś dorosły. Z ducha tej książki wyrasta np. „Shrek” – dzieci śmieją się na tym filmie dlatego, że ogry pierdzą w błocie, a ich rodzice wychwytują żarty językowe i aluzje. „Kubusia Puchatka” można więc śmiało wznawiać, nie wprowadzając żadnych zmian, choć oczywiście wciąż powstają nowe przekłady. Takim wyzwaniem dla tłumaczy cały czas jest też „Alicja w Krainie Czarów”, z którą zmierzyli się m.in. Maciej Słomczyński, Robert Stiller, Jolanta Kozak. Alicja albo Ala była już więc w Krainie Cudów, w Krainie Czarów, w Zaczarowanej Krainie.

Mamy chyba sporo szczęścia, skoro możemy czytać światową klasykę w uwspółcześnionych wersjach, a np. Anglicy muszą się mierzyć z XVI-wiecznym językiem Szekspira?

Dla mnie to zagadka, do jakiego stopnia przeciętnie wykształcony Anglik rozumie Szekspira. Dla moich studentów oryginalny tekst jest nieprzenikniony, nawet z przypisami. Ale przecież w filmie „Romeo i Julia” Buza Luhrmanna, dziejącym się w fikcyjnym amerykańskim mieście pod koniec XX w., bohaterowie mówią Szekspirem, a mimo wszystko ten obraz odniósł ogromny sukces komercyjny. Trudno uwierzyć, by ludzie szli na dwugodzinny film i wychodzili zadowoleni, choć wcale nie zrozumieli dialogów.

To ciekawe także w tym kontekście, że tłumaczył Pan klasykę polskiego kina na angielski, np. „Krzyżaków” Aleksandra Forda…

To złudzenie, że język tego filmu jest trudny. Pojawia się w nim po prostu trochę starych słów. Prawdziwym wyzwaniem była za to „Lawa” Tadeusza Konwickiego, czyli adaptacja „Dziadów” Adama Mickiewicza. To ponad dwie godziny wierszowanego dialogu. Czasem trudno się zorientować, gdzie w zdaniu jest podmiot i o co tak naprawdę chodzi.

Tłumacz ma na co dzień do czynienia z rożnymi stylami, osobowościami literackimi. To raczej problem czy wyzwanie?

Byłoby fajnie, gdyby tak było naprawdę! Oczywiście jest grupa pisarzy – zwykle dobrze pamiętamy ich nazwiska – którzy mówią swoim własnym głosem. Ale większość produkuje książki w ilościach przemysłowych i wszystkie są do siebie łudząco podobne. Najlepszy przykład to tzw. harlequiny. W każdym mamy 150 stron – na pierwszych 30 stronach bohaterowie się poznają, na kolejnych 20 się kochają, przez 50 się kłócą i rozstają, potem mamy jeszcze 50 stron, by się zeszli, pogodzili i wzięli ślub. Jeśli okładka jest fioletowa, będzie seks, jeśli biała – seks dopiero po ślubie. Nie ma co sobie ostrzyć pióra, trzeba w tydzień te 150 stron przetłumaczyć i brać się za coś następnego. Często własnego stylu nie mają też książki, które sprzedają się w milionach egzemplarzy. W „Kodzie Leonarda da Vinci” Dana Browna mamy oczywiście sprawną konstrukcję, dobrze utrzymywane tempo, umiejętnie dawkowane emocje, ale język jest banalny. Tylko przy niektórych autorach tłumacz musi się wgryźć w tekst, by zobaczyć, jak osiągają zamierzony efekt. Czasami to proste do odszyfrowania, bo np. używają bardzo krótkich zdań i strzelają nimi jak z karabinu. Ale często jest trudniej. Jeśli się lubi swoją pracę, to prawdziwe wyzwanie.

A jakie są najczęstsze grzechy tłumaczy?

Po angielsku można np. wiele razy użyć w tekście tego samego słowa, po polsku to duży błąd. Dlatego my piszemy: „Kochanowski jest poetą renesansowym. Jan z Czarnolasu to wielki autor polskiego odrodzenia. Mistrz Jan stał się najwybitniejszym przedstawicielem złotej epoki”. Polski czytelnik, który zna taką stylistykę, rozumie, że cały czas mówimy o tej samej osobie i tym samym okresie historycznym. Angielski czytelnik oszalałby od nadmiaru określeń. Czy mistrz Jan ma jakiś związek z Janem z Czarnolasu? I kim w takim razie jest Kochanowski? Dla nich nazywanie tego samego za każdym razem tak samo sprawia, że przekaz jest jasny. U nas to niedopuszczalne.

Ten przykład pokazuje, że tłumaczenia można się nauczyć?

Nie tylko można, ale i trzeba. To mit, że jak się zna język, jest się tłumaczem. Ktoś, kto chce się zajmować przekładaniem tekstów medycznych, prawnych czy np. tłumaczeniami konferencyjnymi, pozna też w szkole bardzo przydatne narzędzia, np. programy komputerowe typu CAT (ang. computer-assisted translation). W przypadku tłumaczenia literackiego, najważniejsze jest ćwiczenie swoich umiejętności. Ktoś nad naszym przekładem musi z nami usiąść, powiedzieć, co jest w nim nie tak, co można zrobić lepiej i najlepiej, by z nas wyciągnął, jak to zrobić lepiej.

A czy tłumacz ma taką moc, by ze złej książki zrobić dobrą?

Odpowiem nie wprost. Uważam, że wielka popularność Williama Whartona w Polsce wzięła się stąd, że Maria Jolanta Kozak to znakomita tłumaczka. Ona jego książki opowiedziała tak, że po polsku są trochę lepsze, niż po angielsku. Ale to nie jest częsta sytuacja. Trzeba pamiętać, że język literacki ma wiele warstw. One są zaczepione na słowach, które mają dużo różnych znaczeń, więc zwykle coś jednak w przekładzie umyka. Podam prosty przykład. W języku angielskim, gdy mówimy o męskim przyrodzeniu, używamy zwykle męskich imion – standardowe to Dick, a więc zdrobnienie od Richarda. Wyobraźmy sobie teraz, że bohater powieści ma na imię Richard i ktoś o nim w pewnej chwili mówi: „What a dick!”, zamieniając imię na rzeczownik pospolity. Co ma zrobić polski tłumacz? Może np. zmienić bohaterowi imię na „Wacław”, by w jednym miejscu móc napisać: „A to zwyczajny wacek!”. Trzeba tylko pamiętać, że imię Richard jest bardzo popularne w Anglii, a Wacław w Polsce niespecjalnie, więc wprowadzi dodatkowy kontekst, którego w oryginale nie ma. No i trzeba będzie spolszczyć też wszystkie inne imiona. Może więc lepiej pominąć tę grę słów i pozwolić, by żart się zgubił? Ale czy dodać wtedy jakiś własny dowcip, gdy będzie taka możliwość? Ten przykład pokazuje, że tłumaczenie jest zawsze sztuką wyboru. Coś za coś. Ideału nigdy nie da się osiągnąć.

Materiały na tej podstronie (tekst i zdjęcie) są dostępne na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2018.

OJczysty - dodaj do ulubionych