logotyp
Kinga Więckowska (Ślużyńska)

Kinga Więckowska (Ślużyńska) jest psychologiem, life coachem i psychoterapeutą.

Słowa mają swoją wagę

O języku, który pozwala lepiej rozumieć siebie, pułapce pustego afirmowania i etykietach, które ranią, opowiada Kinga Więckowska (Ślużyńska), psycholog i life coach

rozmawiał: Admin

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Czy to, w jaki sposób o sobie myślimy, wpływa na to, jak się ze sobą czujemy?

Oczywiście, ma to na nas bardzo duży wpływ. Jeśli uporczywie sami się krytykujemy i mówimy o sobie, że jesteśmy głupi, beznadziejni i niezaradni, to przecież nie są słowa, które nas wzmacniają, motywują, dodają energii czy wiary w siebie. Raczej osłabiają. Dodatkowo często bywa tak, że gdy coś nam nie wyjdzie, odbieramy to jako potwierdzenie tych myśli.

Czy to są takie językowe etykiety, które się do nas przyklejają? A właściwie sami je do siebie przyklejamy?

Bardzo często są to słowa, które usłyszeliśmy od kogoś w przeszłości lub całkiem niedawno. Np. w pracy szef skrytykował nasz projekt albo koleżanka skrytykowała naszą nową sukienkę i już te nieprzychylne opinie zaczynają w nas żyć.

Czy te słowa, które nas określają w formie rzeczownikowej, a więc np. grubas, są mocniejsze niż te przymiotnikowe, czyli np. gruba / gruby?

To może być bardzo indywidualna kwestia – gdyby zapytać o to dużą grupę osób, to okaże się, że dla jednych słowo gruba /gruby, a dla innych określenie grubas jest bardziej przykre. Najczęściej ma to związek z wcześniejszymi doświadczeniami. Część osób na pewno myśli: rzeczywiście jestem gruby / gruba, mam rozmiar xxxl, więc nie jest to etykietka, tylko fakt. Natomiast dla innych forma może w ogóle nie mieć znaczenia, bo to dla nich tak wrażliwy obszar, że każde słowo boli.

Zdarza się też, że to my mówimy o sobie takimi słowami, choć nie mają wiele wspólnego z tym, jacy czy jakie jesteśmy.

Kiedy już przypiszemy sobie językowe etykietki, to tak interpretujemy różne doświadczenia i sytuacje, by do nich pasowały. Są to zestawy etykietek, które kiedyś na swój temat usłyszeliśmy od ważnych dla nas osób i które w nas zapadły – później do nich wracamy, czasem się z nimi mocujemy, by się od nich odkleić, ale często je powtarzamy, bo w nie już uwierzyliśmy.

Które z tych słów najmocniej ranią?

Trudno ocenić, które określenie może boleć najbardziej. To sprawa indywidualna. Dla jednej osoby będzie to słowo beznadziejny / beznadziejna albo głupi / głupia, dla innych właśnie gruby / gruba, a dla jeszcze innych nieśmiały / nieśmiała. Bez wątpienia jednak będą to te wyrazy, które już od kogoś słyszeliśmy i zamiast leczyć swoje rany, na nowo je rozdrapujemy. Osoba, która nigdy nie miała problemów z nadwagą, a ostatnio przytyła 2 kilogramy, w ogóle nie zareaguje na słowo gruba. Ale taka, która przez długi czas słyszała, że jest gruba i wreszcie udało jej schudnąć, będzie później bardzo wrażliwa na tym punkcie.

Czy najwięcej szkód robią nam te słowa, które są specyficzne i dotyczą konkretnych spraw, czy te generalne? Weźmy choćby słowo beznadziejny /beznadziejna. To worek bez dna, do którego da się wrzucić wszystko…

Są osoby, które gdy słyszą konkretną krytykę, np.: W ostatnim projekcie to i to zrobiłaś źle, myślą: Ok, to nie jest dobrze zrobione, poprawię. A będą też takie osoby, które słysząc te same słowa, naprawdę usłyszą: Jesteś beznadziejna. Więc trudno rozstrzygnąć tę kwestię, o którą pani pyta, choć oczywiście generalizacje najczęściej naprawdę bolą. Mnie np. bolą, bo mam świadomość, że to nie jest całość prawdy o mnie. Z jednej strony można wtedy powiedzieć: To przecież nie cała ja. Z drugiej strony, gdy ktoś nas punktuje, to więcej szczegółów czy naszych niedociągnięć widać czarno na białym i to może być dla kogoś trudniejsze w przeżywaniu.

Ale przecież mamy jeszcze całkiem inne wyjście – zamiast się krytykować, możemy afirmować siebie i swoje możliwości. Niedawno oglądałam w serwisie YouTube filmik, w którym pewien motywacyjny mówca powtarzał przez kilka minut w zasadzie te same słowa. Czy jeśli – jak on – mówimy i myślimy: Możesz wszystko! Jesteś zwycięzcą!, to nam może jakoś pomóc?

Język zawsze ma znaczenie i zawsze na nas działa. Pytanie tylko, czy oddziałuje pozytywnie, czy przynosi nam szkodę. Jeśli uwierzymy w słowa możesz wszystko, to nie jest dla nas dobre, bo przecież prawda jest taka, że nie możemy wszystkiego i mamy bardzo wiele ograniczeń. To dlatego warto mieć świadomość, czym się karmimy na co dzień, jakich informacji i jakich ludzi słuchamy.

Ale czy język ma aż taką siłę, by zrobić z nas zwycięzcę, gdy będziemy sobie to wciąż i wciąż powtarzać?

Nie podpisałabym się pod stwierdzeniem, że mamy taką moc, by nasze słowa stwarzały nowe „światy” i dawały nam niezwykłą pozycję w tych „światach”. Raczej możemy się na chwilę oszukać. Choć pewnie w niektórych, mniej istotnych sytuacjach, może to mieć pozytywne skutki, np. kiedy nie chce nam się iść na trening, możemy sobie powiedzieć coś takiego, co nas zmotywuje i sprawi, że rzeczywiście pójdziemy poćwiczyć.

To ma sens?

Odwołam się do tego przykładu z ćwiczeniami – wiemy, że aktywność fizyczna jest dla nas zdrowa i dobra. Jeśli mamy postanowienie, by dbać o siebie w ten sposób, przemyśleliśmy tę sprawę, ale trudno nam się zebrać, to wyobrażam sobie, że zmotywowanie się może mieć pozytywny sens. Wtedy dobrze jest znaleźć w sobie takie słowa, które nas podniosą z kanapy i zmobilizują do wyjścia, nawet gdy pada deszcz. Ale warto być ostrożnym z tym do czego się motywujemy. Wracając do filmiku, o którym pani mówiła, łatwo zaszczepić w sobie nieswoje pragnienia.

Ale czasem są one podawane w takiej językowej formie, że brzmią niezwykle atrakcyjnie.

Po pierwsze, trzeba zwracać uwagę na to, co te słowa w nas powodują, jak się czujemy, co nam przychodzi do głowy, czy to jest rzeczywiście dobre i czy to jest coś, czego rzeczywiście chcemy. A po drugie, warto zwracać uwagę bardziej na siebie niż na te słowa – wsłuchiwać się w odpowiedź, która płynie z nas, z naszego samopoczucia. Kiedy jesteśmy we względnej równowadze, łatwiej wychwycimy, że coś kompletnie nie jest nasze.

Jakim językiem budować komunikat skierowany do siebie, żeby był efektywny? Jak się do siebie zwracać? Czy raczej się zachęcać czy stawiać na racjonalność wyboru?

Warto patrzeć, co się w nas dzieje, czego potrzebujemy, przyglądać się, dlaczego mówimy do siebie słowa, które mówimy. Dobrze zastanowić się, co to są za słowa i co one mówią o nas. Czy naprawdę mamy taką intencję, jaka w tych słowach jest ukryta – czy naprawdę myślimy: Jestem beznadziejna / beznadziejny? Może tak tylko mówimy, a naprawdę mamy nadzieję, że będzie lepiej, bo się staramy. Dlatego właśnie nie mogę powiedzieć: Zawsze bądź wyrozumiała / wyrozumiały albo: Zawsze stawiaj sobie cele, bo to zależy od sytuacji. Czasem warto się przycisnąć, czasem warto sobie odpuścić. Nie ma żadnej złotej rady. Na pewno dobrze mówić do siebie z troską i uważnością – pomocne może być przypomnienie sobie, jak się odzywamy do osoby, którą naprawdę kochamy.

A czy to, że ten dialog wewnętrzny trwa nieustannie, jest dla nas korzystne?

Oprócz słów, bardzo ważna jest też cisza. Bo to, co na pewno nie działa na nas dobrze, to znalezienie się w miejscu, w którym tych słów jest za dużo. Więc znów najbardziej zachęcałabym do słuchania siebie.

W internecie można trafić na memy z napisem: Zamień „muszę” na „chcę”. Co Pani myśli o takiej propozycji?

Jestem zdania, że nie warto iść na skróty. Lepiej przyjrzeć się sobie i sytuacji, w której się znaleźliśmy. Czy ja naprawdę muszę? Czy ja naprawdę chcę? Są oczywiście takie sytuacje, gdy musimy, więc nie okłamujmy się, że chcemy. Jeśli np. mamy pod opieką głodne dziecko i jesteśmy za nie odpowiedzialni, to rzeczywiście musimy je nakarmić, choć oczywiście w wielu sytuacjach pewnie też po prostu chcemy to zrobić.

Jeśli dobrze rozumiem, chce Pani pokazać, że jest pewna odległość między chcę a muszę i możemy się znaleźć bliżej któregoś z końców tej osi. Ale czasem, nawet gdy zamienimy muszę na chcę, to takie zdanie i tak nie będzie do nas pasowało.

To jest jak z afirmacją: Jestem piękna i cudowna, którą wypowiada kobieta w takim momencie swojego życia, gdy nie czuje się ani piękna, ani mądra, ale jest zdruzgotana, chce jej się płakać i bardzo źle myśli o sobie. Ona może te słowa powtarzać bez końca, a i tak w to nie uwierzy. To nie tylko strata czasu i energii, ale to może być dla niej szkodliwe, bo jednocześnie konfrontuje się z tym, jak jej daleko do wymarzonego ideału. A to nie czas na dokładanie sobie trudności.

Pójdźmy krok dalej, od rozmowy ze sobą na swój własny temat, do rozmowy z innymi. Czy łatwiej jest mówić o sobie do siebie, czy do tych, którzy są obok nas?

Zależy, co mamy do powiedzenia. Jeśli jest nam trudno z jakąś prawdą o sobie, to tym trudniej nam będzie ją ujawnić. Natomiast gdy jesteśmy pogodzeni ze swoimi stanami emocjonalnymi i mamy świadomość, że są chwilowe, wtedy łatwiej się nimi podzielić. Łatwiej też przyjąć czyjś komunikat, że akurat teraz jest zrozpaczony albo bezsilny i kompletnie nie wie, co ma zrobić.

Jakie są korzyści z precyzyjnego nazywania tego, co czujemy?

Przede wszystkim jesteśmy siebie bardziej świadomi, łatwiej nam się ze sobą porozumieć i szukać wspólnego języka z innymi. Bo dzięki precyzji możemy innym trafnie powiedzieć, co i dlaczego przeżywamy, jakie mamy intencje i czego potrzebujemy, a to sprzyja dobrej komunikacji i budowaniu relacji.

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2018.

OJczysty - dodaj do ulubionych