logotyp
dr Katarzyna Maciejak

dr Katarzyna Maciejak jest językoznawcą i badaczem współczesnych mediów. Pracuje w Instytucie Polonistyki Stosowanej UW, należy do Polskiego Towarzystwa Komunikacji Społecznej oraz Polskiego Towarzystwa Edukacji Medialnej. Jest autorką książki „YouTube w edukacji. Strategie nadawcze wideoblogerów”.

Lajkujcie, komentujcie, subskrybujcie!

O tym, czy wideoblogerzy mają swoje strategie, o potoczności i o zwykłych ekspertach opowiada dr Katarzyna Maciejak

rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Lubi Pani media społecznościowe?

Tak, i obserwuję je z zainteresowaniem. W dzisiejszych czasach nie da się chyba z nich nie korzystać. Tym bardziej, że to nie tylko serwisy takie jak Facebook, Instagram czy Twitter, lecz także blogi, fora, platformy umożliwiające recenzowanie produktów czy dzielenie się swoją twórczością. Jako językoznawca uważam, że to fascynujący obszar badawczy.

Zdecydowała się Pani przyjrzeć się bliżej serwisowi YouTube. Dlaczego?

Gdy zaczynałam swoje badania, to był bardzo nowy temat. Na konferencjach naukowych pytano mnie, czy ktoś – poza mną i garstką gimnazjalistów – w ogóle te filmy ogląda. Jeszcze w 2012 roku pisano, że bardzo popularną formą wyrazu są blogi, natomiast wideoblogi to rzadkość, zjawisko marginalne. Już trzy lata później twierdzono, że to blogi są w odwrocie. Jak wiemy, w ciągu ostatnich kilku lat nastąpił niesamowity rozwój wideoblogów i samego serwisu YouTube. Jestem zdania, że badacze powinni przynajmniej próbować nadążać za takimi zmianami.

Postanowiła Pani analizować wideoblogi popularnonaukowe.

Materiał dostępny na YouTubie jest bardzo zróżnicowany, więc w którymś momencie musiałam zawęzić temat. Wybrałam wideoblogi popularnonaukowe, ponieważ zainteresowało mnie to, jak w dzisiejszych czasach można mówić o nauce, aby dotrzeć ze swoim przekazem do szerokiego grona odbiorców, przyciągnąć widzów szukających w serwisie przede wszystkim treści rozrywkowych. Przeanalizowałam filmy z sześciu najpopularniejszych wówczas kanałów o tematyce naukowej: SciFun, Polimaty, Nauka. To lubię, Mówiąc Inaczej, Historia bez cenzury i Uwaga! Naukowy bełkot.

Oglądała Pani z przyjemnością te wideoblogi, które Pani analizowała?

Starałam się nie wartościować analizowanego materiału w ten sposób, ale na pewno mogę powiedzieć, że oglądałam filmy z zainteresowaniem i niejednokrotnie podziwem dla twórców, którzy wkładają bardzo dużo wysiłku w to, aby ich przekaz był wiarygodny i poprawny merytorycznie, a jednocześnie atrakcyjny i oryginalny. Film, który nam wydaje się spontanicznym zapisem, zazwyczaj wymaga kilku dni pracy. Szczególnie cenne jest też to, że osoby prowadzące kanały popularnonaukowe starają się rozbudzać w widzach naukową ciekawość i pokazują, że wiedza jest istotną wartością.

Dla porządku zacznijmy od tego, czym wideobloger różni się od youtubera?

Wideobloger to ktoś, kto tworzy konkretny gatunek – wideoblog. Zwykle jest też youtuberem, bo właśnie w tym serwisie umieszcza swoje filmy. Najczęściej mówi o swoich przemyśleniach i pasjach. Stara się być autentyczny i wiarygodny. Raczej nie używa rekwizytów, nie robi typowego show. Podstawowym sposobem, w jaki oddziałuje na widza, jest słowo.

A youtuberem na pewno nazwiemy każdą osobę, która ma swój kanał w tym serwisie i zamieszcza na nim autorskie materiały, np. relacje z jakichś wydarzeń.

Ale są też dużo szersze definicje, według których youtuberem jest każdy, kto posiada konto w serwisie, nawet jeśli poprzestaje na komentowaniu czy ocenianiu filmów albo przekazywaniu ich dalej. To definicja zgodna z koncepcją kultury uczestnictwa – ktoś, kto „tylko” komentuje, często tak naprawdę współtworzy przekaz. Wielu internautów na podstawie komentarzy podejmuje decyzję, czy w ogóle warto poświęcać czas na oglądanie danego filmu, niejednokrotnie w komentarzach widzowie uzupełniają nagranie o swoje spostrzeżenia lub podsuwają nadawcy pomysł na kolejny film. Według mnie komentarze są integralną częścią wideoblogów i zjawiskiem charakterystycznym dla całego YouTube’a. Wyłączanie możliwości komentowania jest przez społeczność odbierane negatywnie, jako zamykanie się na dyskusję. A to ona jest podstawą uczestnictwa w tej wspólnocie.

Czy język, jakim wideobloger mówi do mnie z ekranu, różni się od języka, którym mówiłby do mnie na żywo?

Na pewno, wypowiadając się w wideoblogu, zastosuje więcej środków fatycznych, czyli takich, które służą nawiązaniu i podtrzymaniu kontaktu z odbiorcą. Nadawcy zależy na tym, by zachęcić do obejrzenia odcinka do końca, a następnie – zasubskrybowania kanału. Co może zrobić? Np. już na wstępie podzielić się z nami wyrazistym sądem sformułowanym bardzo potocznym językiem. Prowadzący Historię bez cenzury tak otwiera jeden z odcinków: „Wiecie, co poza ogromnymi sukcesami wojskowymi i szacunkiem w całej Europie miał Jan III Sobieski? Syfilis i upierdliwą żonę, a poza tym musiał się użerać z bandą idiotów na sejmach (...)”. Początek filmu to w ogóle miejsce nagromadzenia różnych zabiegów perswazyjnych. Pojawia się tam np. uzasadnienie wyboru tematu, często zagadkowe i intrygujące: „Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że nie powiedziałam wam o bardzo ważnej rzeczy, megaistotnej, niezwykle istotnej, nader istotnej. No ten błąd po prostu non stop pojawia się wszędzie”.

To bardzo potoczna polszczyzna! A przecież autorka tego wideobloga, Paulina Mikuła, zajmuje się językową poprawnością…

Większość wideoblogerów korzysta z polszczyzny potocznej, co służy m.in. zmniejszaniu dystansu na linii nadawca – odbiorca. Taki język pozwala też trafić do każdego, bez względu na wykształcenie. Niektórych widzów może to oczywiście razić, bo odmiana potoczna często tworzy uproszczoną wizję świata, utrwala stereotypy. Ale pomaga też w budowaniu wizerunku osoby szczerej i bezkompromisowej. Zresztą w wideoblogach popularnonaukowych potoczność jest „kontrolowana” – filmy są uporządkowane i przemyślane. Zazwyczaj ich twórcy przygotowują dokładny scenariusz, wiedzą, co i jak chcą powiedzieć, rzadko improwizują. Używają czasem potocznego słownictwa, ale raczej nie stosują potocznej składni – formułują zdania wielokrotnie złożone, z zachowaniem ciągu przyczynowo-skutkowego, operują kontrastem, wyliczeniem…

Stosują te wszystkie zabiegi językowe świadomie?

Tak, wychodzę z założenia, że realizują pewne strategie. Mają konkretny cel – wyróżnić się spośród innych, przekonać do siebie widzów, zdobyć popularność. Wiedzą (albo przynajmniej intuicyjnie wyczuwają), jakie środki językowe będą skuteczne. Wideoblogerzy udowadniają, że za pomocą języka można w konkretny sposób oddziaływać na widza, że przepisem na sukces bywa umiejętność właściwego doboru słów.

Konkretnych wideoblogerów da się rozpoznać po stylu mówienia?

Często tak. Nadawcy są przedstawicielami różnych grup społecznych, reprezentują różne profesje. Różnią się pod względem wieku, wykształcenia, miejsca pochodzenia. Odmienna jest też sama tematyka kanałów. Te różnice znajdują odbicie w języku. Ciekawym przykładem charakterystycznego sposobu mówienia jest youtuber o pseudonimie Klocuch. Wyrazy, których używa, zaczynają wchodzić do języka młodych ludzi. Tak się stało np. ze słowem „dzban” (w znaczeniu „osoba niezbyt rozgarnięta”), które wygrało plebiscyt na Młodzieżowe Słowo Roku.

Youtuberzy w ogóle często tworzą nowe wyrazy albo tym istniejącym nadają inne znaczenia.

Tak – i upowszechniają je na ogromną skalę. Kariera tych wyrazów zwykle jest jednak dość krótka. Znikają, bo pojawiają się następne modne słowa.

Jak najczęściej zwracają się do nas wideoblogerzy?

Zazwyczaj używają formy „my”. To oczywiście ma na celu wzmocnienie więzi, stworzenie wokół przekazu pewnej wspólnoty. Wideoblogerzy zajmujący się popularyzowaniem nauki pokazują w ten sposób, że wszyscy dążymy do zgłębiania wiedzy. To też zaproszenie do uczestnictwa np. w eksperymentach przeprowadzanych na oczach widzów. Forma „ty” jest wykorzystywana rzadziej, forma „wy” pojawia się zwykle w charakterystycznym wezwaniu: „Lajkujcie, subskrybujcie, komentujcie!”. Czasem też, za jej pomocą, nadawcy symulują dialog z odbiorcami – zadają w ich imieniu pytania albo zgadują ich wątpliwości.

A co jeśli wideobloger chce się jednocześnie zaprezentować jako specjalista w danej dziedzinie? Nie może mówić cały czas „jestem jednym z was i niczym się od was nie różnię”.

Czasem odcina się od zbiorowości i mówi o sobie. Tworzy wtedy pozytywny obraz „zwykłego eksperta”, czyli osoby, która ma dużą wiedzę, ale jest też bardziej dostępna, gotowa dzielić się swoją pasją. Wideobloger może np. podkreślać, że też zdarza mu się popełniać błędy, i zachęcać do zwracania na nie uwagi w komentarzach.

A ten „zwykły ekspert” może używać skomplikowanej terminologii?

Tak, ale powinien wyjaśniać trudne słowa i omawiać definicje. Może się przy tym posługiwać obrazowymi metaforami i porównaniami. Charakterystyczne dla wideoblogerów jest odwoływanie się w porównaniach do pewnej wspólnej wizji świata, upowszechnianej przez media, np. „jej rola jest prosta jak egzamin gimnazjalny”, „nos nieznacznie się czerwieni i powiększa jak dług publiczny”, „jest brudna jak stół w TVN-ie” czy „jest długi jak >>Moda na sukces<<”. Takie zabiegi dodatkowo uatrakcyjniają przekaz.

Czy w wypowiedziach wideoblogerów często słychać zgrzyty językowe?

W materiale, który analizowałam, błędów prawie nie było, bardzo rzadko pojawiały się też wulgaryzmy. Za to pojawiało się potoczne słownictwo – wyrazy silnie nacechowane emocjonalnie, często wyrażające negatywny stosunek nadawcy do rzeczywistości. Służyły deprecjonowaniu osób, o których mówił wideobloger, np. „książę Brzetysław był straszną gnidą”, „cesarz to straszny burak”, albo nazywały stany czy czynności źle przez niego oceniane, np. „wszyscy się z niego nabijali”, „więc się zwyczajnie od mojego PS i mojej kropki po S odwalcie, i spokój święty mi dajcie”. Sporo było też czasowników potocznie nazywających czynność uderzania, np. walnąć, rąbnąć, przygrzmocić. I oczywiście, modyfikowanych na różne sposoby, frazeologizmów, np. „zrobić kogoś w konia / w wała”, „robić pod siebie”, „szlag mnie jasny trafi”.

Wideoblogerzy sięgają też po słowa pochodzące z gwary młodzieżowej?

Tak, to jeden ze sposobów zjednywania młodych odbiorców. Często są to wyrazy czy konstrukcje modne w danym czasie, podkreślające swobodny styl bycia, co dodatkowo wzmacnia wizerunek osoby będącej „na bieżąco”, np. ogarnąć się, lans, nie ma spiny, melanż, spoko, robić sobie bekę.

Czy wideoblogerzy są skuteczni w tym tworzeniu i realizowaniu językowych strategii?

Moim zdaniem tak. Zresztą potwierdzają to dane dotyczące subskrypcji i wyświetleń. Wideoblogerzy stosują m.in. różnego rodzaju strategie autoprezentacji i porządkowania wywodu. Starają się poruszać bardzo aktualne tematy. Podkreślają to, co w przekazie intensywne i wyjątkowe. Stosują też dużo gier językowych, mających na celu zwrócenie uwagi na komunikat, uatrakcyjnienie go. Wykorzystują aluzje, nawiązują do innych tekstów. Ciągle chcą nas zaskakiwać, „zmuszać” do kliknięcia i sprawdzenia, o co chodzi. Temu służą np. oryginalne tytuły odcinków: „Jak zrobić herbatę w worku”, „Czarna dziura i łyżeczki”, „Prosię na stosie”.

Ale liczy się bardziej forma czy treść?

Bywa tak, że wideoblogerzy przyciągają swoją charyzmą albo wybierają bardzo kontrowersyjne tematy, których potem nie omawiają zbyt dokładnie. Z drugiej strony istnieje mnóstwo kanałów świetnych od strony merytorycznej. Chciałoby się powiedzieć „profesjonalnych”, chociaż to nie jest odpowiednie słowo, bo we współczesnych mediach granica między tym, co „amatorskie”, a tym, co „profesjonalne”, zdecydowanie się zaciera i tego typu wartościowanie traci sens.

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2018.

OJczysty - dodaj do ulubionych