logotyp
Karol Cyprowski

Karol Cyprowski prowadzi serwis woofla.pl. Jego pasją jest nauka języków obcych. Skończył stosunki międzynarodowe oraz filologię serbską i chorwacką, pracuje jako programista.

Furtka do innego świata

O tym, po co się uczyć języka afrikaans, jak rozmawiać z couchsurferami i dlaczego warto dbać o chynchy, opowiada Karol Cyprowski, pasjonat języków obcych

rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Ile zna Pan języków?

Jestem dość zadowolony z poziomu, który osiągnąłem w rosyjskim, angielskim, niemieckim i serbsko-chorwackim. Całkiem nieźle posługuję się ukraińskim. Uczyłem się też kilku innych, ale większości z nich nie używam na co dzień.

Kiedyś chciał Pan opanować 20 języków na poziomie komunikatywnym.

W przypadku większości języków europejskich taki poziom można osiągnąć w kilka miesięcy, jeśli codziennie poświęci się na naukę godzinę lub dwie. Ja największą frajdę miałem zawsze przez pierwsze dwa-trzy tygodnie takiej pracy, potem zaczynałem się zastanawiać, po co to robię. Z językami jest trochę jak z pieniędzmi – jeśli same w sobie stają się celem, to są nic niewarte.

A Pan dlaczego się uczy?

Lubię to. Niektórym sprawia radość szybka jazda samochodem, dla mnie najprzyjemniejsza jest nauka. Nie próbuję nikomu niczego udowodnić, z nikim nie rywalizuję.

Jakich języków się Pan uczył?

Dużo ich było! Miałem np. dłuższy romans z francuskim, przez dwa miesiące podróżowałem nawet po Francji autostopem i używałem tego języka przez cały czas. Potem razem z narzeczoną często przyjmowaliśmy u siebie ludzi z innych krajów w ramach couchsurfingu, więc była okazja, by pogadać po francusku. Miałem też ciekawą przygodę z językiem afrikaans, który okazał się bardzo prosty, ze względu na podobieństwo do angielskiego i niemieckiego. Używam go teraz tylko od czasu do czasu, korespondując ze znajomą z Bloemfontein. Ale tym, którzy są zainteresowani tym regionem świata i kulturą Afrykanerów, polecam naukę afrikaans, bo w RPA otwiera wiele drzwi. Mam wrażenie, że rozmowa z kimś w jego ojczystym języku jest dużo bardziej szczera, otwarta i prawdziwa niż rozmowa w języku, który jest obcy dla obu stron, np. po angielsku.

A kaszubski? Dlaczego zainteresował się Pan tym językiem?

Nie umiem mówić po kaszubsku, ale bez problemu przeczytałem trzy powieści Artura Jabłońskiego, czyli tzw. trylogię nordową – „Namerkôny” („Naznaczony”), „Smùgã” („Z oddali”) i „Fényks” („Feniks”). Warto walczyć o to, by ten język nie zniknął, bo jest świadectwem naszego bogactwa kulturowego. Jeśli przeprowadzę się kiedyś na Pomorze, z pewnością nauczę się go lepiej.

A jak z portugalskim?

Rok temu byłem na weselu znajomej w Portugali, więc kilka miesięcy wcześniej zacząłem się uczyć tego języka. Było nieźle, ale nie zaiskrzyło.

Uczył się Pan też macedońskiego.

To w związku z moim zainteresowaniem Bałkanami. Wcześniej studiowałem stosunki międzynarodowe, pisałem pracę o serbskim separatyzmie w Bośni i Hercegowinie. Postanowiłem pójść na filologię serbską i chorwacką, by móc skorzystać z większej liczby materiałów źródłowych. W rezultacie dobrze znam serbsko-chorwacki, a po macedońsku tylko czytam.

Jak wybiera Pan języki, których zaczyna się Pan uczyć? Pociąga Pana ich brzmienie? Czy musi za tym stać coś więcej?

To, że język się nam podoba, to dość słaba motywacja, która nie starcza na długo. Tym bardziej, że wiele języków postrzegamy stereotypowo. Polacy zapytani o niemiecki często odpowiadają, że brzmi okropnie, bo mają w pamięci filmy, w których żołnierze krzyczą „Hände hoch!”. A moim zdaniem to dość ładny, łagodny język. Bardzo lubię też niderlandzki, szwedzki i norweski, ale nigdy nie miałem okazji, by zająć się nimi na poważnie. Nie podoba mi się natomiast brzmienie arabskiego, choć bardzo chciałbym ten język poznać, bo otwiera furtkę do zupełnie innego świata, do poznania innego punktu widzenia i innej kultury.

Jest wiele mitów dotyczących nauki języków obcych.

Na przykład taki, że nauka jest łatwa i jeśli nie idzie ci jak z płatka, to robisz coś źle albo się do tego w ogóle nie nadajesz. Tymczasem opanowanie języka wcale nie jest proste, a mówienie, że nie ma się do tego talentu, działa na zasadzie samospełniającej się przepowiedni. Są też tacy, którzy uważają, że jest coś takiego, jak „najlepsza metoda” i wystarczy ją poznać, by szybko nauczyć się języka. Ale wyjątkowo jestem uczulony na reklamy, które obiecują, że w 14 dni i bez żadnego wysiłku zaczniesz posługiwać się np. angielskim. A przecież cudów nie ma. Recepta na sukces jest zawsze ta sama – systematyczna praca. Dobra wiadomość jest taka, że najtrudniej nauczyć się pierwszego języka, z kolejnymi jest już zwykle łatwiej, bo można korzystać z własnych doświadczeń.

A jaki był Pana pierwszy język obcy?

Niemiecki. Mój tata pracował w szkole tłumaczy języka niemieckiego i wpadł na szalony pomysł, by zrobić ze mnie dziecko dwujęzyczne. Mówił do mnie głównie po niemiecku. Mama była temu przeciwna, eksperyment ostatecznie się nie udał. Kiedy miałem 6 lat niemiecki powrócił, zacząłem się go regularnie uczyć, choć bardzo tego nie lubiłem. Ale oglądałem w tym języku filmy, które mi się podobały, np. „Forresta Gumpa”. Przyzwyczaiłem się do tego, że nawet jak się nie rozumie wszystkiego w stu procentach, to nie ma co się zniechęcać. W gimnazjum zacząłem uczyć się rosyjskiego, zależało mi szczególnie na poznaniu cyrylicy. W liceum postawiłem na angielski, a potem już poszło.

Co Pan myśli o poliglotach?

Wierzę, że ktoś umie się dogadać w 20 językach. Ale czy prawdziwe są opowieści o Emilu Krebsie, który opanował ponad 60 języków w stopniu biegłym? To wydaje się nieprawdopodobne. Zresztą smuci mnie fakt, że uczenie się języków obcych stało się rodzajem sportu. I że często nie stoi za tym chęć poznawania innych kultur czy ludzi, tylko rywalizacja.

A jak jest z polskim? Jest Pan językowym purystą i tępicielem zapożyczeń, czy wprost przeciwnie?

Język jest tworzony przez ludzi, żyje, zmienia się. Bardzo nie lubię zapożyczeń z angielskiego i jeśli można, to ich unikam, ale wiem, że czasem są niezbędne. Pracuję teraz jako programista w start-upie. No właśnie. Jak to powiedzieć inaczej? Anglicyzmy są u nas na porządku dziennym. Wiele terminów, którymi się posługujemy, po prostu nie ma polskich odpowiedników. Pogodziłem się z tym. Ale – dla równowagi – bardzo dużą wagę przywiązuję do pielęgnowania gwary poznańskiej. Jest to dla mnie ważna część tożsamości. Lubię „klunkry”, a więc klamoty, „chynchy” czyli krzaki, a jak w coś gram, to na planszy rozstawiam „pamperki”, a nie pionki. Podoba mi się też to nasze charakterystyczne „tej”, specyficzna poznańska wymowa i akcentowanie.

Był pan tłumaczem, został programistą. Czy uczenie się języków programowania przypomina naukę języków naturalnych?

Sam byłem tego bardzo ciekaw, gdy zaczynałem swoją przygodę z programowaniem. Od razu zauważyłem, że sprawia mi to dużo frajdy. Przydała się też wytrwałość, konsekwencja i systematyczność, które udało mi się wykształcić dzięki nauce języków obcych. I rzeczywiście, można powiedzieć, że języki programowania mają swoją semantykę, składnię, także coś, co nazwałbym gramatyką. Są rodziny językowe, można prześledzić ewolucję danego języka, np. od C do C++. Natomiast języki programowania i języki naturalne służą do zupełnie czegoś innego.

A jakiego języka teraz się Pan uczy?

Perskiego, bo w listopadzie jadę w podróż poślubną do Iranu.

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2018.

OJczysty - dodaj do ulubionych