logotyp
Dr Joanna Roszak

Dr Joanna Roszak jest poetką, literaturoznawczynią, adiunktem w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W 2016 r. była nominowana do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej.

Język do entej potęgi

O tym, do kogo się mówi na „ty”, o wierszach przeciskających się przez szparę pod drzwiami i o tym, czy istnieje wspólnota czytelników i poetów, opowiada dr Joanna Roszak, poetka i literaturoznawczyni

rozmawiała: Ola Rzążewska

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Czy w swoich wierszach mówisz do czytelnika na „ty”? Czy może częściej sięgasz po formę „wy” albo „my”?

Bywa różnie – w zależności od tego, kogo miałam za pierwszego założonego odbiorcę. Są teksty, pewnie głównie wiersze miłosne, w których ten pierwotny adresat to bardzo szczególny człowiek. Ale najciekawsze wydają się te momenty, w których „ty” nagle się poszerza lub zawęża, gdy dryfuje, staje się ruchome nawet dla mnie. Okazuje się, że tekst bardzo konkretnie zakotwiczony w chwili i przy danej osobie, uaktualnia się także w odniesieniu do czegoś albo kogoś innego. I ta alkaliczność odsłania siłę poezji.

Powiedziałaś, że „ty” jest bardzo konkretne. Czy często?

Dość często, głównie przy tekstach mających kontekst domowy, prywatny. Ale także często na owo „ty” zachodzi „my”. Zwracam się wtedy ku pewnej wspólnocie, jako jej część, nie odrywając się od niej. I te teksty również są dla mnie ważne. To drugie, obok relacyjnego, skrzydło mojej poezji, niespecjalnie lubię dla niego określenia: publicystyczne czy zaangażowane, ale rozumiem, że można tak je odczytywać. Wtedy „my” jesteśmy po prostu rodziną ludzką. Gdyby się odnieść do ostatniego tomu „Przyszli niedokonani”, który został w dużej mierze poświęcony uchodźstwu, to jesteśmy wspólnotą, która się rozsypała, która rozkłada ręce, bo może chciałaby pomóc, ale coś staje jej na drodze, albo nie może zdobyć się na gesty solidarności.

Skoro jesteśmy wspólnotą, a ty jesteś jej częścią, to czy łatwiej jest ci się przed czytelnikiem odsłonić?

Łatwiej. Choć przez jakiś czas, jeszcze przy poprzednich tomach, miałam w sobie rodzaj autocenzury, odruch zakładania pancerza. Uważałam, że jeśli wiersz przeczytają inni, to niekoniecznie ma być kartką z dziennika.

Pytając cię o odsłanianie się, miałam na myśli także wprowadzanie do wierszy wątków domowych, rodzinnych i osobistych…

Nie warto czytać wiersza jako notki biograficznej, bo nigdy nie jest tylko nią. Nawet jeśli wiersz zaczyna się od sukienki zawieszonej na ramiączku albo sztachnie się innym codziennym obrazem. Jego siła polega na tym, że można się w nim odnaleźć, nawet gdy nie jest się autorem. To, że jest się osobą zakotwiczoną w jakiejś sytuacji, jest ważne, bo pisze się o swoim doświadczeniu. Pisząc, tylko to właśnie mam – swoje myśli i własną historię. Ale robię to z przyjemną świadomością, że podobnych opowieści jest więcej. Jest więcej kobiet, więcej kobiet bez dzieci, więcej osób przejętych losem dzieci, więcej żyjących na walizkach.

Myślę teraz o wierszu, w którym mówisz o dziadku szukającym sygnału Radia Wolna Europa. Ten wiersz niezwykle silnie odwołuje się do wspólnoty, bo przecież wiele osób z naszego pokolenia zna taką historię.

Pewnie wielu dziadków miało takie same radia Stradivari. W tej chwili to, które należało do dziadka, stoi na szafce w moim mieszkaniu. Nie działa, bo wymaga strojenia. Zresztą ten element rozumienia zakłóceń albo ich usuwania, znajdowania odpowiedniej częstotliwości, też jest dość ciekawy, gdy mówimy o poezji i języku. Więc radio to także dobra metafora.

Czy chodzi o moment, w którym język twoich wierszy zestraja się z językiem, którego używasz na co dzień?

W rozmowach musimy się cały czas, właśnie, dostrajać. To zasługa naszej inteligencji społecznej i emocjonalnej, że chcąc być zrozumiani, inaczej rozmawiamy z osobami mającymi za sobą różne historie. W wierszu jest trochę inaczej, bo przecież nie musimy być od razu zrozumiani. Można od razu odkryć pewną aurę, ale rzadko rozumie się wszystko. To piękne momenty, w których po pierwszej lekturze ma się poczucie, że się tekstu tylko dotknęło. Wiersz najpierw przeciska się przez szparę pod drzwiami i dopiero później te drzwi się otwierają. To trochę jak z przemierzaniem drogi – idąc jej jedną stroną, zwracamy uwagę na zupełnie inne elementy niż te, które odkrywają się podczas zmiany kierunku. Ile grzybów można przeoczyć. Nie mówiąc o tym, co widać przy tej samej drodze o różnych porach dnia czy roku. Z wierszem jest podobnie. Nigdy nie jest pewne, co nam się zwizualizuje, gdy podniesiemy znad niego oczy. Zawsze jest w nim wiele miejsca na nieprzewidywalne.

Czy coś z języka codziennego przenika do języka, którym piszesz?

Codzienność musi przenikać do poezji, kiedy sama poezja staje się jakoś codziennością. Pamiętam sytuację związaną z jednym z tomów wydanych w Poznaniu, w którym pojawiło się sformułowanie „wduś miejsce”, określenie gwarowe i nieczytelne poza Wielkopolską. Mówi się tu przecież do dziecka: wduś guzik, zamiast wciśnij, i przywołaj windę. Zawsze tak do mnie mówiono. To najlepszy przykład tego, jak bardzo język codzienny wsącza się w poezję, w tym konkretnym przypadku akurat ze szkodą dla niej.

Powiedziałaś, że język poetycki różni się od tego, którego używamy na co dzień. A czy umiałabyś wskazać te różnice?

Paul Engle powiedział, że poezja to język podniesiony do entej potęgi. Lubię tę definicję. Niemcy na określenie poezji mają kilka słów, a jedno z nich to „Dichtung”. „Dicht” oznacza „gęsto”. Więc chyba rzeczywiście, również w poezji bazującej na języku potocznym, czuje się szczególne, mocniejsze wiązania między słowami. No i przede wszystkim patrzy się na taki tekst podejrzliwie, bo ma się przeczucie, że jest w nim coś więcej, niż widać na pierwszy rzut oka. W każdym dobrym wierszu jest coś więcej. To najważniejsza różnica. Kiedy tak sobie konwersujemy, nie podejrzewamy, że za każdym słowem być może kryje się jakiś wir. A gdybyśmy czytały teraz wiersz, kto wie.

A czy poeci ciągle myślą w języku podniesionym do entej potęgi? Czy może robią sobie chwilę odpoczynku?

Język poezji daje się słyszeć niemiarowo i dlatego to ciekawe, kiedy przychodzi wiersz. Kiedy coś się zagęszcza, zaczyna pulsować i wiem, że to tak powinno brzmieć, bo przecież nie wszystkie teksty powstają od tytułu do ostatniego słowa. Wielu czytelników jest tym zresztą zaskoczonych i zasmuconych. Niektórzy poeci piszą tak, jak Julian Przyboś – przez skreślanie. Inni wydłużają, łączą. Ty też mówiłaś, zaczynając nagrywać naszą rozmowę, że różne jej elementy możesz poprzestawiać, spisując wywiad.

Czyli twój poetycki język się zmienia?

Na pewno. Bardziej lubię obecny niż ten z pierwszych książek. Choć wszystkie poprzednie uważam za ważne, ponieważ doprowadziły mnie do momentu, w którym jestem pewniejsza tego, jak chcę pisać. Ale myślę, że te pierwsze tomy były jednak zbyt zainfekowane poetami, którzy wtedy byli dla mnie ważni.

I ze swoją dzisiejszą wrażliwością się w nich nie odnajdujesz?

Nie odnajduję, choć przecież też były moje. Dzisiejsze wiersze pochodzą bardziej z życia, a mniej z przeżycia literackiego. W pewnym momencie inaczej zaczęłam rozkładać akcenty. Kiedyś świat książek był dla mnie ważniejszy niż ten poza nim. W tej chwili las i spotkanie stawiam ponad czytaniem, które, żebym nie została źle zrozumiana, nadal jest dla mnie bardzo istotne.

Widzę w twojej poezji, że nie stajesz po stronie uładzonej rzeczywistości, ale ciągle szukasz czegoś pod powierzchnią. Czy o tym, co jest chropowate, pisze się łatwiej?

To, co chropowate, wyobcowane, naznaczone niewygodą, ma szczególny potencjał, bo każe się zbuntować. Ale równie ważne są dla mnie te wiersze, które piszę albo czytam jako coś na kształt medytacji. Więc więcej w nich lasu, wody, oddechu, zwierząt, które podchodzą pod okna. To także kamienie węgielne pod wiersz.

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2018.

OJczysty - dodaj do ulubionych