logotyp
Dr hab. Iwona Burkacka

Dr hab. Iwona Burkacka jest adiunktem w Zakładzie Leksykologii, Stylistyki Teoretycznej i Kultury Języka Polskiego na Wydziale Polonistyki UW.

Przychodzi obywatel do urzędnika

O tym, co powoduje trudności w rozumieniu języka urzędowego, współczynniku mglistości i brukselizmach opowiada dr hab. Iwona Burkacka z Uniwersytetu Warszawskiego.

rozmawiała: Ola Rzążewska

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Dlaczego tak trudno nam zrozumieć język, którym posługują się urzędnicy?

Po pierwsze dlatego, że piszą teksty w specyficzny sposób. Są w nich słowa, których nie rozumiemy, np. kancelaryzmy typu „uiścić”, „niniejszy” czy „uprasza się”. Często spotykamy też formy bezosobowe, co powoduje, że nie wiemy, z kim rozmawiamy. Po drugie, sprawę utrudnia składnia stosowana w tych tekstach. Bardzo często zdania są rozbudowane, a decyzja jest umieszczona gdzieś w środku i mamy kłopot z jej wyłuskaniem. Tym bardziej, że struktura decyzji administracyjnej jest właśnie taka – najpierw mamy podstawę prawną, potem dopiero sentencję decyzji, a na końcu informację o tym, że np. możemy złożyć odwołanie w ciągu 7 dni. Na szczęście jest taka dobra praktyka, że wokół sentencji zostawia się „światło” czyli wolne miejsce i wtedy od razu widać, co jest w tekście najważniejsze.

A co ze skomplikowaną terminologią?

Oczywiście bywa jej sporo – to np. tzw. juryzmy, czyli różnego typu terminy i sformułowania prawne. Urzędnik, podając uzasadnienie swojej decyzji, bardzo często wskazuje fragment ustawy czy rozporządzenia. A jak wiadomo, istnieją specjalne sposoby redagowania tekstów prawnych – techniki prawodawcze legislacji określają zasady budowy i języka aktów prawnych. W tekstach urzędowych nie rozumiemy czasami pojedynczych słów, czasami całych fraz, a długie zdania nie ułatwiają nam zadania. Z tego typu tekstami oficjalnymi nie mamy często do czynienia, bo na co dzień korzystamy z polszczyzny potocznej, a to jest zupełnie inny język i inny sposób kształtowania wypowiedzi. Nawet radio i telewizja bardzo często korzystają z potocznej polszczyzny, ze sformułowań skracających dystans, pełnych emocji. To przejaw amerykanizacji polszczyzny. Może rzeczywiście jest tak, jak piszą badacze – jeśli wypowiedź jest zabarwiona emocjonalnie, to się jej łatwiej słucha, a do tego myślimy, że ktoś mówi prawdę i sprawa jest dla niego ważna. Suche teksty urzędowe wydają się nam więc całkiem bezduszne.

Jakie teksty urzędowe najczęściej musimy czytać?

Są to teksty bardzo różne, z jednej strony to korespondencja urzędowa, wspomniane wcześniej decyzje, a z drugiej ― np. ogłoszenie na tablicy w gminie o tym, kiedy i jak będzie organizowana wywózka elektrośmieci. Może to być też informacja o zmianie w rozkładzie jazdy autobusów. W takich tekstach trafiamy na różne sformułowania omowne, które mogą być trudne do zrozumienia, np. że „zostanie przywrócony ruch kołowy na obiekcie mostowym w ciągu ul. Pietrusińskiego”. Po pierwsze – „obiekt mostowy”. Cóż to takiego? Może most, a może wiadukt? Zwykły obywatel wolałby chyba przeczytać, że będzie można jeździć mostem albo wiaduktem. Sformułowanie „w ciągu ulicy” jest jednoznaczne dla urzędników i dla osób, które zajmują się ruchem drogowym, ale dla innych jest po prostu dziwne. Podobnie bywa z określeniami funkcji zawodowych, np. kierownik farmy to „kierownik małego przedsiębiorstwa wyspecjalizowanego w produkcji zwierzęcej”.

Nawet osoby dobrze wykształcone mają problem z językiem urzędowym?

W szkole nikt nas zwykle nie uczy tworzenia tekstów użytkowych. Piszemy rozprawki, w których interpretujemy utwory literackie, a przecież w życiu przyjdzie nam raczej zredagować protokół albo ogłoszenie. Nawet na studiach się tego nie nauczymy! Jakiś czas dotarł do Polski ruch prostego języka, którego głównym celem jest takie formułowanie myśli, by odbiorca z podstawowym i średnim wykształceniem potrafił zrozumieć tekst. W Polsce takie badania są prowadzone we Wrocławiu i dostosowano w nich do polskich warunków tzw. współczynnik mglistości. Jest to wzór opracowany w USA w latach 50. XX wieku – dzięki niemu można określić, jak trudne jest to, co czytamy i jak długo trzeba się uczyć, by zrozumieć dany tekst. Oczywiście dostosowując współczynnik do warunków polskich, trzeba było zmienić kilka parametrów, np. ten dotyczący długości wyrazów. W angielskim uznano, że wyraz trzysylabowy jest trudny, a w polszczyźnie przyjmuje się, że jest to dopiero wyraz czterosylabowy.

Ale czy to ma jakieś przełożenie na praktykę?

W wielu krajach mówi się, że do dokumentów oficjalnych powinny być dołączane streszczenia pisane prostym językiem, by informacje bez trudu docierały do osób, które nie mają wyższego wykształcenia. Tym bardziej, że w przypadku niektórych dokumentów badanych współczynnikiem mglistości, okazywało się, że aby je zrozumieć, trzeba mieć doktorat. Sama mam z tym problemy, bardzo często, jak jestem w urzędzie, proszę pracującą tam osobę, by sprawdziła, czy dobrze wypełniłam formularz.

Możemy się oczywiście śmiać z tych dziwnych określeń, które znajdujemy w dokumentach urzędowych, ale przecież ten bezosobowy i formalny urzędowy ton przede wszystkim buduje dystans.

Oczywiście, ale niektórzy badacze dodają, że dystans uzyskiwany przez trudne, niezrozumiałe słownictwo ma także budować prestiż danej osoby. Im ktoś jest mniej pewny swojej pozycji czy wiedzy, tym bardziej chce się odgrodzić od innych za pomocą słów. Często w świecie naukowym bywa tak, że ktoś, kto jest wybitnym specjalistą, potrafi w prostych słowach wyjaśnić nawet skomplikowane teorie – można oczywiście mówić, że taka umiejętność dopasowania języka do odbiorcy to dar. Ale nikt się z tym nie rodzi, taką umiejętność trzeba kształtować. Oczywiście są granice tej prostoty, nie wszystko i nie w każdej sytuacji da się uprościć. Ale decyzja z urzędu, na odwrocie której byłaby informacja typu: „zgadzamy się”, „odpowiedź brzmi: tak”, „musi pan zrobić to i to” albo „w sprawie szczegółów proszę przyjść do urzędu w tych i tych godzinach” byłaby już bardzo dużym ułatwieniem.

A może stawiamy urzędnikom za duże wymagania?

Też tak czasem myślę. Jeśli np. lekarz coś mówi albo pisze i chce, by to się ukazało drukiem, to pracuje nad tym redaktor i korektor. Naukowcy czy dziennikarze też mogą liczyć na ich wsparcie. Teksty urzędników nie są dodatkowo sprawdzane przez specjalistów od języka, tylko przez osoby mające wiedzę merytoryczną. Trudno też wymagać od urzędnika, by tłumaczył ustawy, bo przecież nie ma takich kompetencji, a przecież często obywatel przychodzi do niego i chce się dowiedzieć, co może zrobić w swojej sprawie. Zwłaszcza w tekstach pisanych urzędnik broni się, by nie oskarżono go o nadinterpretację albo nieprawidłową interpretację aktu prawnego. Wtedy najbezpieczniej jest odpowiedzieć cytatem z przywołaniem źródła, z którego przepis pochodzi.

No tak, czyli jednak jesteśmy zbyt wymagający...

Sami jako odbiorcy się zmieniamy, chcemy szybko dotrzeć do informacji, rośnie też pokolenie, które nie wyobraża sobie świata bez internetu. Wymagamy więc od każdego tekstu, żeby łatwo było go zrozumieć, żeby w treści był link, który skomplikowane kwestie wyjaśni nam w prostszy sposób. A teksty urzędowe są najczęściej tradycyjne – zawierają tradycyjne słownictwo i to jest dla nas bardzo trudne.

Niektórych słów nigdy byśmy sami nie użyli.

Rzeczywiście, w tekstach urzędowych jest sporo słów nieużywanych na co dzień i tzw. brukselizmów, które pojawiają się w polszczyźnie w związku z tłumaczeniami tekstów unijnych. Są to niby znane nam słowa, które jednak mają inne znaczenia, np. „aplikacja” czy „prezydencja”. Te teksty często piszą osoby, dla których angielski albo francuski (czyli podstawowe języki UE) nie są pierwszymi językami. I tak kształtują się specyficzne znaczenia np. słowa „dedykowany”. Zwłaszcza programy unijne są „dedykowane przedsiębiorcom” i nie chodzi przecież o to, że na pierwszej stronie programu jest napisane „Moim ukochanym przedsiębiorcom – Unia Europejska”. Kiedyś przygotowałam artykuł na temat słowa „dedykowany”, bo jak zobaczyłam, że pewien preparat apteczny jest „dedykowany zdrowiu układu moczowego kobiety”, to po prostu parsknęłam śmiechem.

Odbiorcy pism urzędowych żalą się też na bardzo długie konstrukcje rzeczownikowe, które wszystko dodatkowo gmatwają.

Oczywiście, w języku urzędowym mamy długie ciągi rzeczowników odczasownikowych w dopełniaczu. Każde zdanie, w którym stosuje się konstrukcję typu „celem” już wymusza taki zabieg i przez to mamy frazy typu „celem zwiększenia liczebności populacji żab”. A właśnie takie zdania trudniej zrozumieć. Gdyby postawić na czasownik i napisać „aby zwiększyć” zamiast „celem zwiększenia”, tekst byłby bardziej dynamiczny i dużo łatwiejszy. Ale trzeba pamiętać, że teksty urzędowe mają swoje schematy budowy, tradycje i sposoby wyrażania myśli.

Czyli nie możemy się spodziewać dużej zmiany?

Na pierwszym Kongresie Języka Urzędowego dowiedzieliśmy się, że duża część skarg, które wpływają do Rzecznika Praw Obywatelskich, dotyczy tego, że obywatel nie zrozumiał odpowiedzi urzędnika. Nie wiedział, czy uzyskał zgodę, czy nie. Ponieważ w kongresie brali udział przedstawiciele bardzo wielu środowisk, myślałam, że ta wiadomość bardziej wszystkich zmobilizuje, by myśleć o głębszych zmianach. Oczywiście urzędnicy trafiają np. na szkolenia pokazujące, co tworzy największe trudności w rozumieniu ich tekstów, ale to przecież nie spowoduje, że zmienimy sposób myślenia urzędników. Takie szkolenie tylko coś zasygnalizuje. Nie spodziewałabym się więc gwałtownych zmian.

A jak jest w innych krajach?

W wielu miejscach, np. w Niemczech, USA czy Skandynawii, dzięki ruchowi prostego języka myśli się o tym, że nie każdy obywatel wszystko rozumie. A przecież nieznajomość prawa nie zwalnia nas z obowiązku jego stosowania. Więc jeżeli jakiegoś rozporządzenia czy innego aktu prawnego nie rozumiemy, mogą się zacząć prawdziwe kłopoty. Nieraz słyszałam, że profesorzy filolodzy czytają jakiś akt prawny i go nie rozumieją. A przecież wydawałoby się, że lingwista posiada większą wiedzę na temat języka niż przeciętny Polak.

Przeciętny użytkownik polszczyzny nie ma wyższego wykształcenia.

No właśnie... Mam dobry przykład. Pod kątem zrozumiałości języka przebadano strony internetowe dwóch ministerstw i Narodowego Funduszu Zdrowia, opowiadała o tym na Kongresie Języka Urzędowego prof. Ewa Kołodziejek. Z jej badań wynika, że teksty nie zostały napisane z myślą o odbiorcy. Twórcy tych stron byli chyba przekonani, że ci, którzy będą z nich korzystać, mają taką samą wiedzę i umiejętności, jak oni. A to błędne założenie.

Materiały na tej podstronie (tekst i zdjęcie) są dostępne na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2017.

OJczysty - dodaj do ulubionych