logotyp
Ewa Landowska

Ewa Landowska od 1999 r. zajmuje się kaligrafią. Prowadzi warsztaty, kursy i pokazy w całej Polsce. Tworzy i projektuje własne kroje pisma w oparciu o klasyczne alfabety. Jest współautorką podręcznika „Piękna Litera” i twórczynią internetowego Muzeum Kaligrafii i Historii Pisma.

Rytmy liter i świateł

O zeszytach uczennicy Zosi, niechęci do litery „z”, podpisie pani od fizyki i bullet journalach opowiada Ewa Landowska, kaligrafka

rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Po co uczyć się pięknego pisania? Mamy przecież komputery, smartfony, tablety.

No tak, kaligrafia może się wydawać zajęciem bardzo archaicznym. Kiedy 18 lat temu zaczynałam się nią zajmować, też często słyszałam: „Po co ci to?”. Wtedy nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć. Po prostu kochałam piękno kształtnych liter, mnóstwo przyjemności czerpałam z samego procesu pisania. To przecież rodzaj medytacji, bo daje nam możliwość oderwania się, wyciszenia. Wycofuje nas z głośnego i szybkiego życia. Ale kaligrafia pozwala też odkrywać fascynującą historię pisma i jest ściśle związana z kulturą języka. Nie wiem, jak będzie w przyszłości, ale jeśli teraz całkiem zarzucimy pisanie odręczne, zerwiemy międzypokoleniowy dialog.

Nasi pradziadkowie i dziadkowie wspominają, że w szkole uczyli się kaligrafii. Narzekają, że pisma dzieci czy wnuków nie mogą nawet rozczytać.

Niemal każdy z nas trafił kiedyś na pisaną odręcznie przez pradziadka kartkę pocztową, pamiętnik babci, list od prababci. Te pamiątki rodzinne dowodzą, że umiejętność ładnego pisania była dość powszechna wśród osób, które chodziły do szkoły. Ale czy to znaczy, że kiedyś ludzie mieli więcej czasu, byli zdolniejsi i bardziej cierpliwi? Nie! Po prostu uczymy się w szkole źle skonstruowanej litery!

Jak to?

Wytłumaczę na przykładzie małej litery „a.” Wyobraźmy sobie, że znów mamy 6 lat. I musimy narysować w linijkach regularny okrąg. Potem, oddzielnym ruchem, dostawiamy do niego laseczkę. Ona ma go tylko dotknąć, nie przeciąć. To naprawdę bardzo trudne! Takich liter nie da się pisać ładnie i szybko, trudno je też pomniejszyć. Nie dziwię się, że dzieci w czwartej klasie, gdy muszą zacząć więcej notować, czują się bezradne.

Kiedyś było inaczej?

Tak, bo szkoły uczyły pisma angielskiego. Jest w nim 8 czy 9 elementów głównych, z których powstają wszystkie małe litery alfabetu. Połączenia między nimi są logiczne. A w piśmie, którego uczymy się w polskich szkołach od połowy XX wieku, jest mnóstwo chaosu. Te litery, które mogłyby wyglądać podobnie, różnią się od siebie. I to wcale nie sprawia, że pismo jest czytelniejsze. Jest bardziej chaotyczne i niepotrzebnie skomplikowane. Połączenia międzyliterowe są źle pomyślane. Naprawdę można stracić do tego cierpliwość!

I zacząć bazgrać.

To jeszcze proszę sobie wyobrazić, że ktoś dorosły pisze dokładnie takimi literami, jakich nauczył się w pierwszej klasy podstawówki…

Gdybym dostała np. taki list, pomyślałabym, że napisało go dziecko.

A pisma angielskiego spokojnie można było używać przez całe życie. Wiem, bo jestem kolekcjonerką przedwojennych podręczników, dzienników, zeszytów szkolnych. Mam np. przepięknie napisany tekst – 400 stron drobnym maczkiem, niezwykle czytelny. Charakter pisma wcale nie odbiega od wzoru, którego wtedy uczono w szkole.

Ten problem można rozwiązać?

Można poszukać inspiracji w niezwykle bogatej historii litery i zaprojektować nowy styl pisma. Taki, który będzie służył wyprowadzeniu indywidualnego charakteru pisma – ładnego, czytelnego i szybkiego. Może to się kiedyś stanie.

A ma pani swój ulubiony krój pisma?

W kaligrafii mówimy nie o krojach, a o stylach pisma. Teraz najbardziej lubię pismo rondowe. Jest przepiękne, powstało na przełomie XVII i XVIII wieku we Francji. Ale najwspanialsze w kaligrafii jest to, że każdy styl pisma uruchamia naszą wyobraźnię i przenosi nas do innej epoki. Z literami jest podobnie jak z muzyką – ta średniowieczna może nas zaprowadzić do zamku, romantyczna zupełnie gdzie indziej.

Myśli pani, że inaczej odbieramy ten sam tekst w zależności od tego, jak wygląda?

Zdecydowanie! Dlatego tak długo myślałam o tym, jakim stylem wykaligrafować naszą obecną konstytucję. Trzy lata temu robiłam to na zlecenie Kancelarii Sejmu. Tekst musiał być czytelny, pozbawiony ozdobników. To dokument współczesny więc stylizacja mogłaby wypaść groteskowo. Zaproponowałam dwa style pisma, które do dziś funkcjonują, choć nie jako style odręczne – kursywę humanistyczną czyli italikę pochodząca z XVI w. i pismo angielskie datowane na XVI/XVII w. Wybrano italikę. Pracowałam nad tym 3 miesiące, po kilka albo nawet kilkanaście godzin dziennie. Ostatnio nanosiłam też kaligrafowane napisy na ściany w Muzeum Jana Kochanowskiego w Czarnolesie. To były głównie fragmenty jego utworów. Starałam się nawiązać stylem do epoki, ale nie tak dosłownie. Nie chciałam tego robić np. gotykiem.

Kiedy kaligrafuje Pani jakiś tekst, to myśli Pani o nim, zbliża się do niego? Czy zanurza się pani w świecie liter?

Zawsze zastanawiam się, co to za tekst, jaką ma funkcję, jaki styl byłby odpowiedni. Dlatego lubię pisać wymyślone przez siebie wyrazy, które nic nie znaczą. To daje niesamowitą wolność, bo tekst niczego mi nie narzuca. To działa zresztą też w drugą stronę – kiedy widzę tekst wykaligrafowany konkretnym stylem pisma, ten styl pisma sugeruje mi, jak mam interpretować treść. Dlatego raczej nie przemawiają do mnie kaligrafowane wiersze. Czuję w tym pewne zafałszowanie.

Są litery, których Pani nie lubi pisać?

Nie lubię litery „z”.

Dlaczego?

Jeden z najstarszych stylów pisma w historii litery łacińskiej to kapitała rzymska. Była tak zaprojektowana, żeby dobrze się ją wykuwało w kamieniu. Potem była uncjała, minuskuła karolińska, tekstura, italika, pismo rondowe i angielskie. Do pewnego momentu pisano łaciną, w której nie było „z”. Trzeba przy tym pamiętać, że litera to pewna konstrukcja, a zbiór liter jest kompozycją. Kiedy patrzymy na tekst, widzimy rytmy elementów, z których zbudowane są litery i widzimy tzw. światła, czyli kształty, które tworzą się między tymi elementami. Każdy język jest inny. Specyfikę łaciny świetnie oddaje słowo „minimum”. W takich słowach tworzą się powtarzalne rytmy liter i świateł. Powstaje w ten sposób bardzo harmonijna całość. Kiedy zaczęto pisać w językach narodowych, trzeba było skonstruować dodatkowe litery – w łacinie było „s”, w polszczyźnie pojawiło się „z”. To „z” jest w bardzo wielu głoskach, w „sz”, „cz”, „dź”, „ź”, „rz”, „ż”. Ciągle je gdzieś widzimy! Do tego wygląda inaczej, niż pozostałe litery, ma inne elementy konstrukcyjne – dwie poziome linie i jedną przekątną. Piszemy ją w innym rytmie niż np. duże „N” czy „M”. W ogóle polski jest trudniejszy dla kaligrafów niż angielski, francuski czy łacina. Choć muszę przyznać, że w piśmie rondowym polszczyzna wygląda genialnie. Te litery są po prostu świetnie pomyślane. Przyjemnie się je pisze.

A ma Pani swoją ulubioną literę? Może te z Pani inicjału? Duże „E” i „L”?

Za „E” nie przepadam, ale litera „L” jest bardzo przyjemna. Z dużą swobodą w różnych stylach można też pisać literę „P”.

Kiedy słucham, jak opowiada Pani o pisaniu, mam chęć zadać najbanalniejsze pytanie. Jak to się wszystko zaczęło?

Może brzmi to dziwnie, ale ja się od zawsze fascynowałam literami. Nawet wtedy, kiedy nie umiałam jeszcze pisać i były dla mnie czystą abstrakcją. A potem w podstawówce zobaczyłam podpis pani od fizyki i się nim zachwyciłam. Na końcu zeszytu każdy prowadził tabelkę, do której nauczycielka wpisywała ocenę i stawiała obok parafkę. Podpis pani od fizyki był tak piękny i harmonijny, że tuż obok, na sąsiedniej stronie, zaczęłam go kopiować, by dojść do tego, jak ona to robi. Do dziś zresztą pamiętam, jak ten podpis wyglądał. Kiedy pani od fizyki odkryła, czym się zajmowałam, była zaskoczona. Na szczęście zrozumiała, że nie mam złych intencji, choć z fizyki nie byłam specjalnie dobra…

Skoro mówimy o zeszytach! Co Pani myśli o BuJo czyli bullet journalach? To bardzo modne ostatnio, ręcznie wypełniane notesy, których autorki, bo to głównie dziewczyny i kobiety, tworzą przeróżne listy zadań, planów, osiągnięć, celów. Często wiele uwagi poświęcają formie i pięknie kaligrafują kolejne wpisy.

Fajnie, że się takie rzeczy pojawiają. To dobry pretekst, by ćwiczyć ręczne pisanie, bawić się literą. Choć trzeba przyznać, że klasyczna kaligrafia też się zrobiła modna! Przybywa sklepów z akcesoriami dla piszących, jest bardzo dużo stron internetowych na ten temat, w sieci można znaleźć mnóstwo filmików z ćwiczeniami. W szkołach organizowane są konkursy kaligraficzne, ludzie chętnie zapisują się na warsztaty. Wiele osób, także ja, wykorzystuje w swojej pracy również nowoczesny sprzęt, który daje możliwość pracy z literą cyfrową.

Ten starszy sprzęt – stalówki, obsadki, kałamarze – odchodzi za to do lamusa. Dla wielu młodych osób nawet te słowa brzmią egzotycznie. A Pani ma pani ulubiony stary wyraz jakoś związany z kaligrafią?

Mam! Choć z kaligrafią jest związany pośrednio. Na targu staroci natknęłam się kiedyś na absolutnego białego kruka: pięć zeszytów uczennicy Zosi do „kaligrafji polskiej” (pisownia oryginalna) z lat 1931-1933. To unikat, bo takie zeszyty palono. Można dzięki nim prześledzić, jak Zosia uczy się pisać przez swoje dwa pierwsze szkolne lata. Najpierw kreśli laseczki i owale, potem składa z nich litery, a na koniec słowa i zdania. Korzystam z tych zeszytów na swoich warsztatach kaligrafii przedwojennej. Uczymy się razem z Zosią, piszemy nawet te same wyrazy i zdania. I właśnie w jednym z tych zeszytów trafiłam na starannie wykaligrafowane słowo „faseczka”. Żaden uczestnik warsztatów nie potrafił powiedzieć, co to jest. Ja też nie wiedziałam. Sprawdziliśmy i okazało się, że „faseczka” to naczynie służące do przechowywania masła. To oczywiście zdrobnienie od „faski”, jednak Zosia pisze je właśnie w takiej formie, co może oznaczać, że tak się często mówiło. Na warsztatach kaligrafujemy „faseczkę” i inne stare słowa. Zawsze sobie myślę, że jest to jakiś sposób na ich ocalenie.

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2018.

OJczysty - dodaj do ulubionych