logotyp
Dr hab. Ewa Haman

Dr hab. Ewa Haman jest psychologiem i psycholigwistką, adiunktem na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Bada m.in. rozwój językowy dzieci oraz zagadnienia dwujęzyczności.

Mielnik i spadnik

O pokrzywach, które zawsze pokrzywią, ciągłym toblowaniu oraz o tym, dlaczego dziecięce neologizmy tak szybko znikają, opowiada dr hab. Ewa Haman z Uniwersytetu Warszawskiego

rozmawiała: Ola Rzążewska

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Jak wpadła Pani na pomysł, żeby się zająć słowotwórstwem?

Z Kanady do Warszawy przyjechał prof. John Macnamara. W trakcie swojego wystąpienia opowiadał, że dzieci potrafią tworzyć bardzo interesujące słowa, jego doktorantka bada mechanizmy ich powstawania, a on jest ciekawy, jak to wygląda w innych językach. Ten pomysł mnie bardzo poruszył. Wkrótce zresztą urodziłam swoje dzieci, więc miałam mnóstwo okazji do obserwacji. Dodatkowo okazało się, że prof. Magdalena Smoczyńska z Uniwersytetu Jagiellońskiego zdigitalizowała dzienniki Szumanowskie (czyli dzienniki mowy) i zamierza je analizować.

Co to są dzienniki mowy?

Kiedyś rodzice spisywali to, co mówiono do maluchów i to, co dzieci mówiły. Na dzienniki Szumanowskie składają się takie właśnie zapiski przez wiele lat prowadzone przez studentki prof. Stefana Szumana, które zostały matkami.

Takie zapiski służą śledzeniu rozwoju mowy?

By stanowiły rzetelny materiał badawczy, próbki mowy powinny być zbierane systematycznie, nie ma jednego przepisu, jak często. Niektóre z matek współpracujących z prof. Szumanem robiły zapiski nawet przez 7 lat, choć istnieje ryzyko, że często notowały głównie to, co im się wydało ciekawe. Ale ogólnie było to bardzo starannie zaplanowane jak na tamte czasy i możliwości techniczne. Fantastyczna i bardzo wartościowa praca.

Czy dziś dzienniki mowy mają już inną metodologię?

Teraz nazywamy je korpusami, ich podstawą są nagrania, które potem są spisywane. Mówi się, że korpus jest gęsty, jeśli mamy dużo nagrań (a potem transkrypcji) z jednego krótkiego okresu (np. z kilku tygodni pod rząd). No i po pewnym czasie to się powtarza – np. po pół roku przez kolejnych kilka tygodni intensywnie nagrywamy dziecko. Badacze (prof. Michael Tomasello ze współpracownikami) policzyli, jak długo powinno trwać nagranie i jak często nagrania muszą być robione, by próbka była reprezentatywna, tzn. by zmaksymalizować prawdopodobieństwo uzyskania rzadkich form słownych, a jednocześnie zminimalizować nakład pracy. Ale to tylko jeden z kilku sposobów, które pozwalają się dowiedzieć, jakie nowe słowa tworzą dzieci.

To trudne, bo często nowe słowo jest wypowiadane przez dziecko tylko raz?

Najczęściej tak. Stosunkowo rzadko zdarza się, by raz wymyślone słowo było potem powtarzane. Te neologizmy wypełniają pewną sytuacyjną lukę, zaspokajają bieżące potrzeby i znikają. Oczywiście członkowie rodziny mogą je włączyć do swojego języka i w ten sposób uchronić przed zapomnieniem.

Dzieci wymyślają nowe słowa, bo nie znają jeszcze tych, które istnieją?

Właśnie o to chodzi. Mogą wiedzieć, że młynek służy do mielenia, ale nie mają pojęcia, jak się to urządzenie nazywa. Dziecko mówi więc np.: „Mamo, daj mi ten mielnik”. Jak mama odpowie: „Już ci daję młynek”, jest spora szansa, że więcej o „mielniku” nie usłyszy. Drugim powodem, który sprawia, że neologizmy szybko znikają, jest to, że konkretna sytuacja, w której dane słowo jest dziecku potrzebne, może się nie powtórzyć. O ile pokrzywy „pokrzywią” stale i to niezmienna ich cecha, o tyle np. młynek tylko raz będzie „spadnikiem”, bo tylko raz spadnie na podłogę. Moja najstarsza córka kiedyś powiedziała: „Mam trzy latka, trzy i pół, sięgam głową ponad stół. Jestem ponadstółką”. No i to akurat wszystkim tak się spodobało, że przetrwało w rodzinie – potem sprawdzało się, czy młodsze dzieci są już „ponadstółkami”.

Jaka szkoda, że tak ładne słowa szybko znikają. Czy poza dziennikami mowy jest jeszcze jakiś sposób, by je zarejestrować?

Można próbować skłaniać dzieci do tego, żeby w sytuacji badawczej tworzyły konkretne nowe słowa.

Jak to się robi?

Można np. dziecku o czymś opowiedzieć i poprosić, by to nazwało. Można też wymyślić i narysować coś nieistniejącego, powiedzieć dziecku, że to coś np. ciągle „tobluje” i zapytać, jak można to coś nazwać, by było od razu wiadomo, że się zajmuje „toblowaniem”. Trzeba tylko mieć pomysł, czym jest „toblowanie” i nie może być to żadna czynność znana dziecku. Dzieci podczas eksperymentu powiedzą, że to jest np. „tobel”, „tobelka”, „toblator”. Po serii badań możemy analizować, jakie słowa były najłatwiejsze w tworzeniu, jakich formantów dzieci najczęściej używały, jakie typy konstrukcji wybierały. Można też sprawdzać, jak dzieci rozumieją słowa. Wtedy sami tworzymy nieistniejące wyrazy o określonych parametrach.

Na przykład?

Możemy np. sprawdzić, czy dzieciom będzie łatwiej zrozumieć, że kosz tylko do kwiatów to „kwiatokosz” czy „koszokwiat”. Ten drugi wyraz – zgodnie z zasadami tworzenia złożeń w języku polskim – oznaczałby rodzaj kwiatu, a nie kosza. Pytanie tylko, kiedy dzieci zaczynają być wrażliwe na takie szczegóły.

Ma pani bardzo wdzięczną pracę!

Tak, tylko potem mam problemy z odróżnieniem wyrazów istniejących od nieistniejących.

Jak się długo przebywa z „koszokwiatem”, trudno potem uwierzyć, że on nie istnieje?

Dostaje się lekkiego hyzia. Kiedy się zabieram do tworzenia eksperymentu, pod ręką mam zawsze słownik, bo szybko tracę orientację, czy dane słowo istnieje czy nie.

Kusi mnie, by panią zapytać o inne słowa przygotowane na potrzeby eksperymentów…

Pamiętam, że stworzyłam „kiełbasiarzy” i to byli sprzedawcy kiełbasy. Wymyślanie słów jest trudne, bo trzeba rozważyć, jakiego formantu użyć. Dlaczego to ma być akurat „-arz”, a nie jakiś inny? Językoznawcy mówią, że formant jest produktywny, jeśli istnieje dużo słów, w których się pojawia. Niektóre są więc super produktywne, np. właśnie „-arz”, inne super nieproduktywne, np. „-un”.
Wiadomo, że dzieci prawdopodobnie chętniej będą używały formantów, które częściej słyszą i takich, które mają wyraziste znaczenia. Ale mimo wszystko nie do końca daje się przewidzieć, który kiedy zastosują.

Czy zachęcała pani swoje dzieci, by tworzyły nowe słowa?

Były pod tym względem totalnie skrzywione. Chcąc nie chcąc, sprawiałam, że wymyślały więcej neologizmów niż przeciętne dziecko. Starałam się nie ingerować w to celowo, ale np. jak gdzieś razem szliśmy i zobaczyliśmy coś ciekawego, zaczynaliśmy o tym rozmawiać. I mój 4-letni syn mówił np.: „Ta roślina nazywa się grążel, bo grąży”. Musiało być coś, co go do tego skłoniło i najprawdopodobniej to było moje nieustanne skupienie na słowach i na tym od jakich innych słów pochodzą. To, co mówią i o czym mówią rodzice, przekłada się na cały rozwój językowy dziecka, więc na umiejętności słowotwórcze także.

Czy w niektórych rodzicach budzi się niepokój, kiedy słyszą, że dzieci tworzą własne słowa?

Jak mnie syn pytał, czy grążel grąży, to ja wpadałam w zachwyt, ale to nie jest jedyna możliwa postawa. Ktoś może być tym przerażony, bo co sąsiedzi pomyślą. Jak usłyszy np. o „młynniku”, powie zaraz: „Nie mów tak, bo to nieładne, to jest młynek”. Takich rodziców też spotykałam w trakcie moich badań, ale wcale nie chcę całkowicie krytykować takiej postawy. Jedną z podstawowych cech języka jest konwencjonalność – mamy coś w rodzaju umowy społecznej, że jak już młynek nazywamy młynkiem, to zasadniczo robimy to wszyscy i nie ma powodu, żebyśmy używali innych nazw. Bez zasady konwencjonalności nie bylibyśmy w stanie się porozumiewać, więc rodzic, który jest niechętny neologizmom, po prostu realizuje tę zasadę (najczęściej oczywiście nieświadomie ). Ja bym go co najwyżej prosiła, żeby nie mówił, że to „nieładnie” nazwać młynek młynnikiem, bo to już jest oceniające. Wystarczy, żeby podał odpowiedni konwencjonalny wzorzec – dziecku to wystarczy, a nie będzie miało uprzedzeń do nietypowych słów, które czasem nie tylko są ładne, ale jednak też potrzebne.

Kiedy dzieci tworzą najwięcej nowych słów? Oczywiście wiem, że są różnice indywidualne.

Są też różnice wynikające z tego, jakim językiem dziecko się posługuje.

Najbardziej mnie ciekawi, jak to się dzieje w języku polskim.

W gruncie rzeczy mamy za mało badań, żeby ściśle odpowiedzieć na to pytanie. Ale standardowo szczyt słowotwórczej ekspresji przypada na okres między wiekiem 4 a 5 lat. Potem dziecko tworzy już coraz mniej nowych wyrazów. Jego zasób słownictwa staje się duży, więc nie ma powodu, by wymyślać neologizmy, bo ma pod ręką standardowe wyrazy. Co nie znaczy, że jego umiejętności słowotwórcze nie wzrastają. Np. dzieci posługujące się językiem angielskim osiągają najwyższy poziom umiejętności słowotwórczych około 12 roku życia – to akurat zostało zbadane, np. przez prof. Jean Aitchison. Ale to nie znaczy, że te umiejętności są często używane do tworzenia neologizmów. Takich dużych przekrojowych badań na polskich dzieciach w wieku szkolnym my nie mamy, a szkoda.

Czy są jeszcze jakieś inne powody, poza tymi praktycznymi, sprawiające, że dziecko tworzy neologizmy?

Właściwie najbardziej klasyczny powód to uzupełnianie luk leksykalnych, jak mówi prof. Eva Clark, badaczka słownika dziecięcego. Ale na pewno dzieci lubią się bawić językiem. W pewnym momencie zaczynają mieć umiejętności metajęzykowe, zaczynają analizować słowa, nie tylko neologizmy. Mogą poszukiwać odpowiedzi na pytanie, skąd się jakiś wyraz wziął, od jakiego innego wyrazu pochodzi. Zabawa językiem jest w ogóle kształcąca dla dzieci – stąd zupełnie spontaniczny pociąg do rymowanek. One pozwalają na porównywanie fragmentów słów – na ogół końcówek fleksyjnych albo formantów słowotwórczych. Dzieci same rymują, żeby lepiej poznać strukturę słów – nie wiedzą o tym (tzn. nie umieją tego opowiedzieć czy wyjaśnić), ale od tego, żeby wiedzieć, czemu to służy, są badacze.

Pamięta pani jakąś swoją refleksję na temat pochodzenia jakiegoś słowa?

Na przykład przez całe życie wiedziałam, że istnieje Koziołek Matołek, ale dopiero jak byłam dorosła uświadomiłam sobie, skąd się wzięło imię Matołek. Nie twierdzę, że wcześniej nie wiedziałam, że to słowo pochodzi od słowa „matoł”, ale jakoś nigdy tego sobie sama nie powiedziałam wprost, nie zanalizowałam świadomie… A przecież używałam formantu zdrobnieniowego „–ek” w wielu różnych wyrazach czyli na poziomie zautomatyzowanym jakąś wiedzę o słowie „Matołek” musiałam mieć. Tak przypuszczam, w każdym razie…

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2018.

OJczysty - dodaj do ulubionych