logotyp
Dr Anna Rabczuk

Dr Anna Rabczuk jest językoznawczynią, kulturoznawczynią, kieruje specjalizacją zawodową Glottodydaktyka Kulturowa. Jest adiunktem i uczy języka polskiego jako obcego w Centrum Języka Polskiego i Kultury Polskiej dla Cudzoziemców Polonicum Uniwersytetu Warszawskiego.

Polski po polsku

O tym, czy „pięknie się świecisz” to dobry komplement, o tłumaczeniu sierotki Marysi na koreański, aspekcie czasownika i dogadywaniu się, opowiada dr Anna Rabczuk

rozmawiała: Ola Rzążewska

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Obiegowa opinia jest taka, że polski jest dla cudzoziemców najtrudniejszym do opanowania językiem. Czy tak jest rzeczywiście?

Ależ nie, to mit. W latach 70. amerykańscy badacze „ustawili siedem koszyków” i do każdego z nich „wkładali języki”, biorąc pod uwagę leksykę, gramatykę, fonetykę i strukturę zdań. I rzeczywiście, polski – z perspektywy amerykańskich badaczy – znalazł się razem z chińskim w najtrudniejszym siódmym koszyku. W koszyku szóstym był np. węgierski. Ale przecież trudność w nauce danego języka zależy od tego, jaki jest nasz język ojczysty, czyli tzw. wyjściowy. Jeśli polskiego uczy się student z Korei czy z Chin, to może rzeczywiście dla niego polski będzie najtrudniejszy. Gdy mówimy natomiast np. o studentach z Europy, musimy pamiętać, że polski, tak jak wszystkie języki europejskie, prócz fińskiego, estońskiego i węgierskiego, pochodzi z pnia praindoeuropejskiego. Nasze języki są bardziej do siebie zbliżone, niż nam się wydaje.

Czy studenci, którzy trafiają do pani, znają opinię, że polski jest bardzo trudny i są wystraszeni?

Oczywiście, dlatego na pierwszych zajęciach udowadniam, jak łatwy jest to język. Staram się uczyć polskiego tylko po polsku, pokazuję, jak dużo leksemów jest dla nich zrozumiałych, np. „biblioteka”, „kolosalny”, „telefon”, „transformacja”. Zawsze mówię, kręcąc głową: „polski nie jest skomplikowany”. Reagują śmiechem, bo to przecież taki żart nauczycielki, ale potem okazuje się, że każdy uczestnik lektoratu potrafi podać jakieś słowo, które istnieje i w jego języku, i w języku polskim, np. „lampa”, „bank” czy „moment”. Wtedy słyszę jak mówią: „No może rzeczywiście nie jest taki trudny”. Wielka w tym rola lektora, by jego studenci uwierzyli, że nie stoją przed ogromnym szczytem, na który muszą się wspiąć, ale że to jest coś, co są w stanie zrobić.

Jakbyśmy posłużyły się 10-stopniową skalą trudności i myślały o studencie z Europy, to w którym miejscu na tej skali znalazłby się język polski?

To zależy, o których Europejczykach konkretnie mówimy i czy znają oni już którykolwiek język słowiański. Jeśli tak, polski znalazłby się między 2 a 3 na tej skali, zakładając, że 1 to bardzo łatwy. Dla kogoś, kto mówi np. po rosyjsku, ukraińsku czy białorusku, będzie niemal banalny, przynajmniej na początku. Ale jeśli językiem wyjściowym studenta jest estoński, to na skali trudności polskiemu dałabym 9. Przeprowadzono badania, które wykazały, że przeciętny Polak na egzaminie certyfikatowym z języka czeskiego na poziomie B1, w 80 proc. zrobiłby poprawnie zadanie ze słuchu. Nie możemy więc zapominać o potencjale lingwistycznym, w który jesteśmy wyposażeni. Jeśli mamy już doświadczenia z językami obcymi, każdy kolejny język będzie łatwiejszy.

Pracowała Pani już z bardzo wieloma grupami. Co wydaje się Pani największą trudnością w nauce polskiego?

I tu znów trzeba brać pod uwagę, skąd pochodzą studenci. Kategorią gramatyczną w języku polskim, która jest naprawdę trudna do zrozumienia na początku nauki, to aspekt czasownika, typowy dla języków słowiańskich. W skrócie, jest to taka forma czasownika, która mówi, że coś jest dokonane albo niedokonane. Niemiec Steffen Möller, znany kabareciarz i aktor, który świetnie zna polski, zapytał, jak to możliwe, że Polacy, mówiąc w czasie przyszłym o czymś dokonanym, już wiedzą, że to na pewno zrobią. Zresztą, jak zapytamy Polaka, ile mamy czasów w języku polskim, to co on odpowie?

Że mamy trzy czasy.

No właśnie, a przecież mamy pięć! Jeśli chodzi o czas przyszły dokonany, to Steffen Möller się zastanawia, jak to możliwe, że gdy Polak mówi „zrobię”, to wie, że na 100 proc. tak będzie. Bo z kolei „będę robił” to jest proces, oznacza tyle co „spróbuję zrobić, ale nie wiem, czy będzie konkretny rezultat”. To jest bardzo trudne do zrozumienia dla tych, którzy nie są Słowianami. Natomiast Słowianie mają inny problem – przychodzą na kilka pierwszych zajęć, czują się świetnie, bo rozumieją wszystko, co mówi lektor i zaczynają mówić po ukraińsku, białorusku, czesku czy słowacku myśląc, że to jest po polsku, bo lektor kiwa głową. Ja jednak już przestaję kiwać głową i udaję, że absolutnie nic nie rozumiem. Więc dla Słowian największym wyzwaniem jest nieuleganie przekonaniu, że w ich językach i w języku polskim coś mówi się dokładnie tak samo. Przykładem niech będzie sytuacja, w której rosyjskojęzyczna studentka chciała skomplementować Niemkę. Ta Niemka miała polskie korzenie, więc bardzo dobrze znała język polski, także niepodręcznikowy. A Rosjanka powiedziała do niej: „Jak pięknie się świecisz”. Niemka się zdziwiła: „To jest komplement?”. Rosjanka nie wiedziała, o co chodzi, bo myślała, że rosyjska fraza „pięknie się świecisz”, znaczy po polsku tyle, co zwrot „wyglądasz promiennie”.

No właśnie, idiomy sprawiają nam trudność, gdy uczymy się języka obcego. Czy obcokrajowcy uczący się polskiego też na nie narzekają?

Kiedy studenci porównują polski ze swoimi językami, ujawniają się bardzo ciekawe różnice. U nas coś jest „jasne jak słońce”, a w hiszpańskim albo portugalskim „jasne jak woda”. Dla nas ktoś jest „czerwony jak burak”, a we Włoszech „czerwony jak pomidor”. I dla studentów, i dla lektora jest to prawdziwa przygoda kulturowa, właściwie podróż, ale – wracając do pytania – same idiomy, te najczęściej używane, nie są tak trudne, jak zrozumienie niekiedy pojedynczych słów z pogranicza języka i kultury. Na ostatnich zajęciach mieliśmy tryb rozkazujący i w tekście było sformułowanie „śmiej się, śmiej”. Dla Polaka to oczywiste, że ta fraza nie oznacza, że mamy się tylko śmiać, Polacy wiedzą, że to jest tekst kulturowy, ale dla cudzoziemca to bardzo trudne. Inny przykład to fraza „no weź” – dla Polaka w niektórych kontekstach znaczy tyle co „proszę”, a dla zaczynających przygodę z polskim dosłowne – „weź coś”. Podobnie będzie z „trzymaj się” wypowiedzianym na koniec rozmowy. Polak nie zapyta – „Czego mam się trzymać?”. Chodzi tu o słowa, które są tak zanurzone w kulturze, wywodzą się z socjolektów, nie mają nic wspólnego z dosłownym sensem, że zrozumienie ich i posługiwanie się nimi stanowi duży problem dla cudzoziemców.

Myśli Pani, że uczenie polskiego w oderwaniu od kontekstu kulturowego jest bezsensowne?

Tak, mija się z celem. Jeśli mamy cudzoziemca, który po kursie zna tylko gramatykę i leksemy, na ulicy na pewno się nie dogada, bo nawet nie będzie znał słowa „dogadać się”. Nauka polskiego musi być zanurzona w kulturze, choć nie mówię tu przecież wyłącznie o kulturze wysokiej. Chodzi o znajomość słów, które mają wspólne ładunki kulturowe, czytelne dla danej społeczności. Żeby pokazać przykład, podam teraz słowo, a Pani mi powie, co się Pani z nim kojarzy. Więc spróbujmy: „obrus”.

Stół, przyjęcie, goście.

Jaki kolor ma ten obrus?

Biały. Elegancka zastawa, mili ludzie, dobre jedzenie.

To, że obrus jest biały, będzie oczywiste dla Polaków. Najczęściej skojarzą go też z Wigilią. Gdy pytam o to w grupie międzynarodowej, obrus jest w kratkę albo czerwony.
Kiedy starsza Polka idzie kupić biały obrus, to od razu ma z nim mnóstwo skojarzeń, być może wspomnień, a dla cudzoziemca jest to tylko obrus. Jeśli powiem Toruń, to co Pani odpowie?

Kopernik i pierniki.

Jasne, i tak powiedzą prawie wszyscy Polacy, natomiast jeśli cudzoziemiec tam nie był, to kojarzy mu się tylko z jakimś tam miastem w Polsce. To oczywiste, że w każdym języku są takie słowa, które niosą w sobie bardzo dużo treści kulturowych. Chodzi więc o to, by cudzoziemcy poznali je w szerszym kontekście, by potrafili właściwie je zinterpretować.

To co cudzoziemiec może robić albo co wy dodatkowo robicie poza zwykłą nauką języka, by taka osoba swobodnie posługiwała się polskim?

Nie chciałabym wykorzystywać tej rozmowy do reklamy Centrum Języka Polskiego i Kultury Polskiej dla Cudzoziemców, czyli warszawskiego Polonicum, ale przyznam, że my rzeczywiście kładziemy nacisk na szeroki kontekst kulturowy. Na lektoracie uczymy z jednej strony leksyki i gramatyki, a z drugiej np. ćwiczymy strategie komplementowania i reakcji na komplementy w Polsce. I to jest bardzo ważne, co możemy skomplementować, bo przecież w różnych krajach wygląda to inaczej. Tak samo, jeśli chodzi o style rozmowy albo językowe tabu. Na jednych z zajęć do grupy dołączył Japończyk. Przedstawił się i zaraz zapytał Portugalczyka siedzącego obok: „Skąd jesteś?”, a następnie: „Ile zarabiasz?”. Portugalczyk spojrzał na mnie bezradnie i mówi: „Nauczycielka, reaguj”, więc mówię do Japończyka, że w Polsce o to nie pytamy, a już na pewno nie w pierwszym kontakcie (jak się okazało w Portugalii też nie). Ale w Japonii czy w Korei to jest rzeczywiście normalne, co więcej życzliwe i bardzo pożądane, pytanie. Pomaga określić status społeczny, a więc wiadomo już, jak rozmawiać z daną osobą, jakich zwrotów użyć (bo różne formy są zarezerwowane dla różnych osób w hierarchii), to przy okazji dowartościuje rozmówcę. W Polsce to przecież tak nie działa i tego też cudzoziemcy się tu uczą. Poza zwykłym lektoratem, gdzie takie kwestie językowe wychodzą, mamy też zajęcia z kultury wysokiej, związane z literaturą, sztuką, polityką, historią, kinem, muzyką.

A co z językiem potocznym?

Na kursach letnich mamy zajęcia poświęcone slangowi i wulgaryzmom, a w ciągu roku akademickiego fakultatywny kurs „polskiego po godzinach”, bo to bardzo potrzebne. Uczyłam kiedyś pewnego Fina. Kiedy już był na poziomie C1, czyli zaawansowanym, wracał autobusem, którym jechała też grupa wulgarnych polskich kibiców, takich dresiarzy. Jeden z nich rzucił porządną wiązankę, znacznie wykraczającą poza: „Co się gapisz?” i Fin nie wiedział, co powiedzieć. Zdawał sobie tylko sprawę, że to było bardzo wulgarne, choć nie wszystko zrozumiał. Zapytałam, co zrobił: „Powiedziałem – przykro mi. Ten dresiarz zamilkł, ale mnie też było niekomfortowo, bo chciałem odpowiedzieć coś więcej, niekoniecznie wulgarnie, ale więcej”. Więc nawet przy tak dobrej znajomości języka jest potrzeba, by ją stale uzupełniać. Staramy się naszego studenta wyposażyć w wiedzę wszechstronną. Sama proszę już na niskich poziomach zaawansowania językowego, by studenci poszli do jakiegoś znajomego Polaka czy Polki, zapytali o typową polską potrawę i spisali w odpowiedniej formie gramatycznej listę zakupów. Dziś kładzie się nacisk na rozwijanie kompetencji interkulturowej. Chodzi o to, by ucząc się języka, niejako przy okazji otworzyć się na drugiego człowieka, inną kulturę, starać się ją zrozumieć, zweryfikować własne stereotypy na ten temat.

Rozumiem, że studenci mają ochotę brać udział w tych dodatkowych zajęciach?

Oczywiście. A czasem oni są naprawdę niesamowitymi specjalistami w dziedzinach, które ich interesują. Przyjeżdżają do nas np. osoby, które kiedyś zobaczyły obraz Witkacego albo przeczytały coś jego autorstwa i uznały, że chcą się nauczyć polskiego, by poznać jego twórczość w oryginale. To budzi wielki szacunek wśród lektorów. Kiedyś miałam w grupie Koreankę, która hobbystycznie tłumaczyła na koreański „Sierotkę Marysię”, bo uznała, że Konopnicka tak świetnie pisze, że trzeba ją przetłumaczyć.

To wspaniała historia!

To prawda i takich jest wiele. W tej pracy świetnie jest także to, że studenci wygłaszają różne opinie o Polsce i naszej kulturze i robią to po polsku. Na pierwszej lekcji, ukrywając prawdę, mówię, że znam tylko polski, więc dużo gestykuluję, rysuję, niemal staję na głowie, żeby przekazać im po polsku każdą informację. Ostatnio tłumaczyłam słowo „tylko” i zabrało mi to półtorej minuty. Z punktu widzenia ekonomii czasu na zajęciach to dużo, ale z drugiej strony, gdy zrozumieli, byli tak szczęśliwi, że z pewnością zapamiętają to słowo i zapisali je sobie w kilku konkretnych kontekstach, co od razu wzbogaca słownictwo. Jeśli uczymy polskiego po polsku, to w pierwszym miesiącu studenci zazwyczaj są trochę sfrustrowani, czasem popadają w delikatną depresję, ale po dwóch – trzech miesiącach są szczęśliwi, bo już dużo rozumieją, bo mogą trochę powiedzieć w tym języku, który swoim przyjaciołom opiszą jako najtrudniejszy na świecie.. Na szóstych czy siódmych zajęciach potrafią powiedzieć „to nieskomplikowane”.

To piękny komplement dla Pani jako nauczycielki. Widać, że już umieją komplementować...

Oczywiście, że tak. Na pierwszych zajęciach studenci proszą o angielski, ale potem, gdy już mówią, że coś jest „nieskomplikowane”, potrafią też podać synonim tego słowa, czyli „łatwe”. I wszyscy, łącznie ze mną, są bardzo zadowoleni.

Powiedziała mi Pani, że jest dla studentów oknem na świat języka polskiego.

Mam nadzieję, że tak jest.

A co to dla Pani znaczy?

Lektor często jest pierwszym „nieoswojonym” Polakiem, z którym student ma do czynienia. To on tłumaczy, dlaczego Polacy w danej sytuacji mówią to, a nie co innego. On jest oknem, przez które cudzoziemcy patrzą na Polskę. Myślę, że osoba, która zajmuje się nauczaniem języka polskiego jako obcego, powinna znać bardzo dobrze polski, a rozgryzanie niuansów leksykalnych czy gramatycznych powinno jej sprawiać przyjemność. Uważam i bardzo często mówię o tym studentom studiów podyplomowych, którzy chcą być nauczycielami polskiego jako obcego, że cała reszta to osobowość. Bo bez niej ani rusz. Jeśli student ma kontakt z dobrym lektorem, to zupełnie inaczej patrzy na Polskę i to jest dla mnie niesamowite. Czasami kończymy już zajęcia, ale z dwunastu osób cztery zbierają się bardzo powoli, bo chcą jeszcze porozmawiać pojedynczo, dopytać. I opowiadają mi historie ze swojego życia, nie zawsze związane z Polską, dlatego, że czują już do mnie zaufanie. I także dlatego, że ich okno na Polskę jest właśnie w tym miejscu.

Materiały na tej podstronie (tekst i zdjęcie) są dostępne na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2017.

OJczysty - dodaj do ulubionych