logotyp
Anna Maria Czernow

Anna Maria Czernow jest literaturoznawczynią i prezeską Polskiej Sekcji IBBY (International Board on Books for Young People).

Rozczytani

O książkach, które są naszymi sojuszniczkami, o braku ostrożności językowej i o tym, co złego jest w słowie faraon, opowiada Anna Maria Czernow, badaczka literatury dla dzieci i młodzieży

rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Czy dzieciom trzeba opowiadać o świecie jakimś specjalnym językiem? Innym niż ten, którym zwracamy się do dorosłych?

Często w pułapkę takiego myślenia wpadają pisarze, którzy chcą tworzyć literaturę dla młodszych czytelników. Do dzieci, tak jak do dorosłych, możemy zwracać się na różne sposoby. Jest przecież język literacki, dziennikarski, naukowy. Innym językiem pisał Żeromski, innego używają twórcy popularnych teraz powieści.

Ale może dzieci, a właściwie dzieciaczki, lubią, żeby w opowiadankach występowały pieseczki, koteczki i słoneczko?

Infantylizacja języka to główny grzech wielu osób piszących dla dzieci. Oczywiście polszczyzna daje bardzo duże możliwości w tym zakresie. Dobrze o tym wiem, bo jako mama, sama czasem używam zdrobnień. Ale trzeba pamiętać, że przesadna infantylizacja łączy się zwykle z brakiem szacunku dla odbiorcy. To sposób na wywyższenie się, pokazanie, że to my, twórcy, wiemy wszystko lepiej i mamy prawo objaśniać innym świat. Za tym idzie drugi grzech – nadmierny dydaktyzm, który wynika z tego, że nie uznajemy odbiorcy dziecięcego za równoprawnego partnera. Moglibyśmy mu po prostu przekazać komunikat artystyczny, ale zamiast tego – czy przy okazji – chcemy go oświecić.

Komu udało się nie wpaść w te pułapki?

Prawdziwą mistrzynią jest Tove Jansson, autorka książek o Muminkach. Jej teksty są tak napisane, że każdy czytelnik, bez względu na wiek, doświadczenia, przeżycia, osobistą historię, znajdzie w nich mnóstwo przestrzeni dla siebie. Ona ma swój własny język – w książkach dla dzieci i dla dorosłych odnajdujemy ten sam styl. Podobnie jest z Astrid Lindgren. Lisa, bohaterka „Dzieci z Bullerbyn”, mówi prostymi zdaniami, ale to język poważny, literacki. Ta książka powstała ponad 70 lat temu i przetrwała próbę czasu.

A wśród polskich autorów?

Janusz Korczak, który uważał, że prawdziwy głos dziecka w sztuce, dziennikarstwie, w przestrzeni publicznego dyskursu powinien być jak najbardziej słyszalny. Stworzył pismo „Mały Przegląd”, w którym publikował głównie listy i artykuły przysyłane przez młodych korespondentów gazety. Sam bardzo eksperymentował ze stylem, co zresztą nie wszystkim jego książkom wyszło na dobre. Weźmy „Kajtusia czarodzieja” – to świetna rzecz, ale napisana językiem, jakim w latach 30. XX-wieku mówiła warszawska ulica. Wiele z użytych przez niego sformułowań się przedawniło. Ciekawie się tę książkę czyta w zestawieniu z angielskim przekładem. Jego autorka, Antonia Lloyd-Jones, wybrała język bardziej uniwersalny, przezroczysty, współczesny i dzięki temu widać, jak znakomita jest to historia.

Czy kiedy pisze się dla dzieci, wskazana jest ostrożność językowa?

Nie, przeciwnie! Potrzebna jest odrobina szaleństwa i poczucie wolności artystycznej. Niestety pisarze się często autocenzurują. Myślą o tym, jak ich książka się sprzeda, czy spodoba się wydawcy, co powiedzą rodzice. Układają okrągłe zdania, wygładzają wszystkie kanty. Ich język staje się mdły, nijaki. Jeśli do tego dochodzi mało frapująca treść, powstaje nudny gniot.

Jakiś współczesny polski autor książek dla dzieci pisze ciekawym językiem?

Moim zdaniem Marcin Szczygielski. Co ważne, każda jego książka jest inna. W „Czarownicy piętro niżej”, „Tuczarni motyli” i „Klątwie dziewiątych urodzin”, których bohaterką jest Maja, wprowadza bardzo specyficzny, niewymuszony humor i eksperymentuje z językiem. Maja mówi frazami zasłyszanymi w telewizji, które przekształca na swoją modłę. Tworzy własny obraz świata za pomocą wyrażeń, które wszyscy bardzo dobrze znamy. W tekście nie czuć, by autor się zastanawiał, czy aby na pewno dzieci to wszystko zrozumieją. Niektóre zrozumieją więcej, inne mniej – normalna sprawa.

A co z przekleństwami i innymi brzydkimi wyrazami? Jest dla nich miejsce w tekstach dla dzieci?

W Polsce to nadal budzi wiele dyskusji. Ale kiedy język obdzieramy ze wszystkich kontrowersyjnych sformułowań, przestaje być nośnikiem emocji. To próba językowego tworzenia sztucznego świata. A przecież dzieci bawią się na podwórku, chodzą do szkoły, zaglądają do internetu. Słyszą, jak się mówi naprawdę. Jest taka książka Astrid Lindgren „Lotta z ulicy Awanturników”. Bohaterka mówi w niej fy faraon. Na polski przetłumaczono to dosłownie, jako fuj faraon, a tak naprawdę to odpowiednik naszego kurde, podobny w brzemieniu do prawdziwego przekleństwa fy fan. Pamiętam, że jako dziecko, zastanawiałam się nad tym, co jest złego w słowie faraon. Dopiero jako dorosła, mówiąca po szwedzku osoba, przestałam się dziwić, dlaczego rodzicom Lotty nie podoba się, gdy dziewczynka tak się odzywa przy stole.

A co z trudnymi słowami? Na przykład nazywającymi abstrakcyjne pojęcia?

Moim zdaniem powinniśmy sobie odpuścić zastanawianie się, czy dziecko na pewno wszystko rozumie. Po pierwsze, bez badań statystycznych, nigdy się tego nie dowiemy. Po drugie, są różne dzieci. Niektóre nie są w stanie w wieku 9 lat przeczytać bardzo prostego tekstu, a inne w wieku 6 lat czytają teksty zaskakująco obszerne albo trudne. Jest taka świetna seria wydawnicza „Czytam sobie”, która ma rozwijać właśnie umiejętność czytania. Autorzy zmagają się np. z tym, że muszą napisać opowieść, ale bez dwuznaku rz czy sz. I oni jakoś to robią. Rozumiem ten cel. Ale upieram się, że to literatura użytkowa, a nie literatura piękna.

Dzieci chyba w ogóle lubią bawić się słowami?

Tak! Mają naturalną skłonność do fantazjowania werbalnego, do tworzenia nowych wyrazów, do eksperymentowania z językiem. Już we wczesnym wieku śmieszą je żarty słowne. Nie są w szoku, gdy usłyszą lub przeczytają wyraz, którego nie znają. Na pewno przypiszą mu jakieś znaczenie, być może błędne, które będzie im towarzyszyć przez wiele lat, aż do nagłego olśnienia. Nie odbierajmy im tego typu niespodzianek. Co ciekawe, dzieci mają lepsze niż dorośli ucho do różnych smaczków językowych. Zwłaszcza maluchy, które jeszcze nie zaczęły pisać. Wychwytują takie niuanse fonetyczne, których my już później nie zauważamy.

Czy dzieci dają sobie radę z tekstami, które powstały dawno temu, pełnymi starych wyrazów?

Jestem przekonana, że dla niektórych dzieci przestarzały język jest problemem, a dla innych nie. Wydaje mi się, że to w dużej mierze kwestia wytrenowania czytelniczego. Jeśli ktoś jest rozczytany, czyli regularnie ćwiczy czytanie, ma duże szanse, że zrozumie trudny tekst, w którym pojawiają się archaizmy. A jeśli ktoś tylko składa litery i ogranicza się do czytania najprostszych komunikatów, np. instrukcji albo nagłówków w internecie, to sobie nie poradzi. To dotyczy też dorosłych.

Czy jeśli się nie rozczytamy w dzieciństwie, to potem nie mamy już na to szans?

W dzieciństwie trzeba się nauczyć czytać ze zrozumieniem. Potem trudno ten brak nadrobić. Ale radość czytania można odkryć w każdym wieku. Są przecież łatwe, średnie i trudne teksty. Jestem przeciwna krytykanckiemu podejściu do wyborów lekturowych. Każdy ma prawo czytać to, co chce, łącznie z dziećmi. Czytanie samo w sobie jest tak wartościowe, że każda przeczytana książka to krok do przodu. Nawet taka, która z punktu widzenia autorytetów czy rodziców jest głupia – cokolwiek miałoby to znaczyć. Jeśli się rozczytamy, nabierzemy ochoty, żeby sięgać po coraz trudniejsze teksty. Niestety polska szkoła zbyt szybko rzuca uczniów na głęboką wodę – konfrontuje ich z lekturami, z którymi sobie nie radzą i trudno się dziwić, że próbują się jakoś z tej pułapki wyślizgnąć, np. wybierając streszczenia. A potem jest już tylko gorzej, bo muszą się zapoznawać z tekstami staropolskimi i to nie jest przyjemne wyzwanie.

A czy w książkach ważny jest obraz?

Bardzo. Kiedyś lekceważono jego znaczenie i to właśnie literatura dziecięca stała się dla niego enklawą. Badania pokazują, że obraz jest narzędziem przekazującym narrację, pobudza wyobraźnię, potrafi otworzyć na tekst. Ale nawet jeśli nie otworzy na tekst, tylko sam na siebie, to to też jest cenne. Květa Pacovská, słynna czeska ilustratorka, powiedziała kiedyś, że książka obrazkowa to pierwsza wizyta w galerii sztuki. Jeśli książka obrazkowa będzie dobra, otworzy umysł, bardzo skłonny do tego otwarcia w młodym wieku, na sztukę nieoczywistą. To niebywała szansa, by rozsmakować się w narracji wizualnej. Niestety wciąż, mimo dużej ilości znakomitych, pięknie ilustrowanych i opracowanych graficznie tytułów, obserwujemy ciążenie w stronę infantylizacji obrazu – zalewa nas róż, kolory są płaskie, słoneczko zawsze żółte, trawa zielona, a bohaterowie mają ogromne oczy. W razie kontaktu z książkami ambitniejszymi wiele osób myśli: O, to będzie za trudne dla dziecka! Albo: Tego się przestraszy! Zwykle chodzi jednak o to, że nie chcemy konfrontować dzieci z czymś, czego sami nie rozumiemy.

To spójrzmy szerzej. Co z trudnymi tematami w książkach dla dzieci? Z opowieściami, które budzą strach? Które mogą otworzyć jakąś ciemność?

Dzięki boomowi na literaturę skandynawską, trudna tematyka gwałtownie wdarła się do naszych księgarń. Sama jestem za tym, żeby słowami otwierać każdą ciemność i mieć nadzieję, że ta ciemność nie otworzy się w życiu. Czytanie to najlepszy sposób na trenowanie emocji. Myśl, że dziecko nigdy nie będzie smutne, że nie spotka się ze śmiercią, że nie stanie mu się żadna krzywda, to mrzonka. Literatura może być znakomitym przyjacielem, który do tego przygotuje, pod warunkiem, że jest dobra. Ostatnio spore kontrowersje wzbudza książka „Sezamie, sezamie” norweskiej autorki Gro Dahle, którą zilustrowała jej córka, Kaia Dahle Nyhus. W Polsce nie została jeszcze wydana. To opowieść o chłopcu, który w komputerze starszego brata odkrywa filmy pornograficzne. Najwięcej emocji wywołał fakt, że na obrazkach pokazano to, co dzieje się na ekranie, tzn. ludzi uprawiających seks. To ciekawe, że takich dyskusji, jak ta książka, nie wywołują wyniki badań pokazujące, w jakim wieku dzieci stykają się z prawdziwą pornografią. A przecież książka pozwala na złapanie dystansu, na poradzenie sobie z czymś trudnym, zachęca do tego, by pogadać o ważnych rzeczach. Tak jak „Bracia Lwie Serce” Astrid Lindgren – lektura smutna, mroczna, mówiąca o śmierci i o trudnych wyborach.

Zapamiętuje się ją na całe życie.

Dobra literatura musi poruszać, musi zostawiać ślad, czasami nawet boli. Kto z nas się nie spłakał nad żadną książką? Ale to emocje bezpieczne, przedsmak tego, co świat może dla nas przygotować.
Odcinanie dziecka od tego typu literatury, to zabieranie mu czegoś ważnego. Ona jest naszą sojuszniczką, a nie wrogiem.

A jakie książki z dzieciństwa zostały z Tobą na dłużej?

Na pewno właśnie „Bracia Lwie Serce” i „Ronja, córka zbójnika”, obie autorstwa Astrid Lindgren. Także „Zima Muminków”, niektóre kawałki „Dzieci z Bullerbyn”. A z polskich – „Akademia Pana Kleksa” Jana Brzechwy, „Tajemnica szyfru Marabuta” Macieja Wojtyszki. Pamiętam też estońską bajkę „Półbutek, Chrobotek i Mufek”. Niestety jestem w trudnej sytuacji, bo zawodowo czytam książki dla dzieci, również te stare. I to czasem niszczy wspomnienia. Tak było z serią o Mary Poppins – pamiętam, jak się magicznie czułam, gdy czytałam ją wiele lat temu, ale już tego nie czuję. Jako dziecko uwielbiałam też np. „Plastusiowy pamiętnik”, a jako dorosła bardzo go nie lubię. Z drugiej strony, kiedyś rozczarowała mnie „Sierotka Marysia i siedmiu krasnoludków” Marii Konopnickiej, a teraz doceniam tę lekturę. Z czasem stałam się też fanką „Alicji w Krainie Czarów”. Mimo dziwacznego języka zawsze za to bardzo lubiłam „Anię z Zielonego Wzgórza”. Pamiętam, że przez wiele lat tytuł rozdziału „Mateusz rzecznikiem bufiastych rękawów” odczytywałam jako „Mateusz ręcznikiem bufiastych rękawów”. Któregoś dnia wreszcie przeczytałam to słowo dobrze i byłam szczerze zdumiona! To fajne wspomnienie.

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2018.

OJczysty - dodaj do ulubionych