logotyp
Dr Aleksandra Drzał-Sierocka

Dr Aleksandra Drzał-Sierocka jest kulturoznawczynią i filmoznawczynią, adiunktem na Wydziale Nauk Humanistycznych i Społecznych Uniwersytetu SWPS.

Fuj, to wstrętne!

O tym, co wstrętne, oślizgłe, brązowe i lepkie, a także o tym, dlaczego to, co obrzydliwe, budzi w nas tyle emocji, opowiada dr Aleksandra Drzał-Sierocka z Uniwersytetu SWPS

rozmawiała: Ola Rzążewska

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Co budzi w nas największy wstręt i obrzydzenie?

Mam wrażenie, że tak działa samo słowo „wstręt”. Ten wyraz wydaje się magiczny, bo niewiele jest rzeczowników, które tak mocno wpływają na nasze emocje. „Wstręt” wywołuje w nas też refleksje etyczne – myślimy, że jak coś jest wstrętne, musi być też złe. To słowo uruchamia wszystkie nasze zmysły – wstrętna rzecz jest najpewniej brzydka, źle pachnie i smakuje, jest okropna w dotyku, a więc lepka, oślizgła, śluzowata. Nie przychodzą mi do głowy żadne inne wyrazy, które działają na nas tak intensywnie.

Czy w tym słowie kryje się jakaś wskazówka do działania?

Gdy powiem: „Proszę uważać, to jest wstrętne!”, zapewne od razu się pani cofnie. Więc rzeczywiście, ten wyraz wywołuje konkretne zachowanie, często jest to natychmiastowa reakcja – robimy krok w tył, odsuwamy coś od siebie i to raczej nie ręką, a patykiem. Możemy się też wzdrygnąć, mieć odruch wymiotny, zatkać nos albo odwrócić głowę. A przecież często się nam wydaje, że język jest ułomny i nie przekazuje wszystkiego, co chcemy wyrazić.

Lepiej coś pokazać niż opisać?

Najlepiej i pokazać, i opisać. Choć akurat ze słowem „wstręt” jest tak, że ono działa mocniej i szybciej, niż gdybym tylko pokazywała zdjęcia albo rysunki czegoś wstrętnego. Mówimy, że we współczesnej kulturze obrazkowej, to zmysł wzroku jest uprzywilejowany, a tymczasem tu widać inny mechanizm.

To frapujące. Zwłaszcza, że słowa się z czasem wycierają i tracą swoją wyrazistość. Ze wstrętem się tak nie dzieje?

Mam wrażenie, że ono się nawet wzmacnia. Także dlatego, że przestaliśmy je kojarzyć z wyrazem, od którego pochodzi, czyli ze słowem „trącić”, a więc „wydzielać odór”. Ten wyraz znamy np. z powiedzenia: „Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”.

„Wstręt” wydaje się słowem bardzo uniwersalnym.

Rzeczywiście – ten wyraz opisuje wiele sytuacji i doświadczeń. Możemy powiedzieć, że coś jest wstrętne, że takie są emocje, które przeżywamy, że wstrętny jest ktoś. To wyjątkowo obraźliwe, a dodatkowo upokarzające i poniżające, ponieważ uruchamia odczucia płynące ze wszystkich zmysłów. Natychmiast myślimy, że taka osoba musi się źle zachowywać, ale też brzydko wygląda i pachnie. Te dwie ostatnie cechy dorzucamy sami. W ten sposób następuje sprzężenie tego, co nieetyczne, z tym, co nieestetyczne. To kluczowy mechanizm działania tego słowa.

Co najczęściej określamy słowem „wstrętne”?

Wszystko, z czym nie chcemy mieć do czynienia. To, co wstrętne, ma być daleko, ukryte i niedostępne. Z drugiej strony, to czego nie chcemy, i co mieści się w kategorii tabu, może nas też intrygować.

Jakich słów używamy, by opisać to, co jest tak okropne, że chcemy się trzymać od tego z daleka?

Na pewno sięgamy po „fuj” i „blee”. To próba wyartykułowania tych wielozmysłowych emocji.

To są słowa charakterystyczne dla języka dziecięcego.

Rzeczywiście, bo w dzieciństwie fascynujemy się tym, co wstrętne. Kto powiedział, że nie mogę pogrzebać patykiem w kupie? Dopiero kiedy od dorosłego usłyszymy: „Feee, nie wolno tego ruszać!”, dowiadujemy się, co to znaczy, że coś brzydko pachnie albo brzydko wygląda. To są kwestie ugruntowane kulturowo i możemy się o tym przekonać np. podróżując do odległych krajów i próbując lokalnych dań. Tam się okazuje, że to, co nam się wydaje wstrętne, dla innych może być rarytasem.

Mamy więc kategorię określeń zaczerpniętych z języka dziecięcego. Jakich jeszcze słów używamy?

Mówimy „odrażające”, „ohydne”, „ paskudne”, „obrzydliwe”. To są w większości wyrazy mocno dźwięczące w języku. Mają dużą siłę i – tak jak we wszystkich przekleństwach – występuje w nich sporo głosek „ż”, „d”, „r”. Wstręt jest za to malutkim słowem i są w nim prawie same spółgłoski. Trudno ten wyraz wykrzyczeć, bo w krzyku raczej eksponowane są samogłoski. Ale mimo wszystko to słowo działa. Nawet, gdy jest wyszeptane.

Kiedy mówimy o tym, co dla nas obrzydliwe, określamy to jednym słowem, czy pomagamy sobie opisem?

Jeśli użyjemy kilku określeń, nawet będących synonimami, to znak, że chcemy powiedzieć coś mocniej, silniej i dobitniej. Zmysł wzroku jest naturalnie uprzywilejowany, najtrudniej nam się od niego odciąć. Jeśli już coś zobaczę, mogę potem zamknąć oczy, ale tego doświadczenia nie cofnę. Z kolei od dotknięcia czegoś czy spróbowania łatwiej się powstrzymać, więc mamy mniej słów, które opisują te doznania.

Jakimi słowami opisujemy rzeczy wstrętne?

Najwięcej jest określeń związanych z brzydotą, które pozwalają nam tak o wstrętnej rzeczy opowiedzieć, by inni mogli sobie wyobrazić, jak wygląda. Trudniej mówić o zapachu czy doświadczeniu, które niesie dotyk. Czy coś wstrętnego okropnie brzmi? Pewnie tak, choć może być obrzydliwe także dlatego, że siedzi cicho.

Czy słowa służące opisowi spraw obrzydliwych też się nie wycierają?

Różnie to bywa. Na pewno zmienia się sposób, w jaki stopniujemy swoje odczucia. Kiedyś wszystko było „super”, jeszcze wcześniej było „naj”, a teraz wszystko jest „mega” albo „ultra”. To prowadzi do zubożenia języka. Bo co to właściwie znaczy, że coś wygląda mega źle?

A czy ten język, którym mówimy o wstręcie i obrzydliwości w sferze publicznej i prywatnej jest taki sam?

W sferze prywatnej możemy powiedzieć więcej, a w publicznej o tym, co wstrętne, pewnie wcale nie będziemy chcieli mówić. Nie będziemy chcieli się przyznać, ze mieliśmy do czynienia z czymś obrzydliwym. Znowu wracam do fascynacji tym, co zakazane kulturowo. Jeśli będę chciała dotknąć tego, co obrzydliwe, to pewnie będę skłonna to zrobić, kiedy nikt na mnie nie patrzy. Dlatego, że to, co wstrętne, może nas „zakazić” swoją wstrętnością – tego obawiamy się na poziomie emocji. Dodatkowo jesteśmy skłonni opisywać jako wstrętne w sensie zmysłowo-doznaniowym osoby, które uważamy za złe albo zagrażające. Właśnie to stało się z publiczną debatą na temat imigrantów. Szybko pojawiły się teorie, że przenoszą okropne choroby, a za chorobami od razu idzie pakiet wyobrażeń dotyczących cielesności, pasożytów, nieczystości. Zohydzamy to, co uważamy za złe. Nie tylko myślimy, że to, co ohydne jest złe, ale też myślimy, że złe zapewne też musi być ohydne.

Ale jednak jest w nas gdzieś głęboko ukryta fascynacja tym, co budzi wstręt. Czy ona się jakoś uzewnętrznia? W sferze publicznej przyznanie się do fascynacji tym, co wstrętne, wymaga odwagi, pokazania dystansu do siebie i świata. Nie boję się tego, co o mnie pomyślą inni, nie boję się wykluczenia, a może nawet potrzebuję tego wykluczenia, bo nie identyfikuję się z systemem, który mnie otacza. Choć najsilniejsza jest oczywiście fascynacja dziecięca.

Kiedy ona się kończy?

Najczęściej wtedy, gdy dziecko idzie do szkoły i jego dzień zaczyna mieć strukturę nadawaną mu przez dorosłych i instytucje. Fascynację tym, co wstrętne i obrzydliwe, widać wcześniej. Świadczy o niej np. duża popularność książeczek dla dzieci, które są o kupie, o sikaniu albo o małym krecie, któremu ktoś narobił na głowę. Rodzice kupują je swoim dzieciom, ale sami też z ciekawością je czytają. Dzieje się tak być może dlatego, że z ich dzieciństwa sfera obrzydliwości i wstrętu była wyrugowana. Wszystko miało być różowe, pluszowe, mięciutkie, słodziutkie, więc to, co wstrętne, absolutnie do tego wyobrażenia nie pasowało. A przecież sama pamiętam, że jako dziecko uwielbiałam baśnie braci Grimm.

A to przecież bardzo mroczne opowieści.

Oczywiście, np. siostry Kopciuszka, które chciały swoje zbyt duże stopy wepchnąć w pantofelek, musiały je uciąć albo upiłować, więc lała się krew. Ta dziecięca fascynacja tym, co okropne, bierze się z chęci posmakowania tego, co zakazane i czym nie zajmują się na co dzień nawet dorośli.

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2018.

OJczysty - dodaj do ulubionych