logotyp
Dr hab. Agnieszka Otwinowska-Kasztelanic

Dr hab. Agnieszka Otwinowska-Kasztelanic jest adiunktem w Zakładzie Językoznawstwa Stosowanego w Instytucie Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się m.in. wielojęzycznością i dwujęzycznością.

Sieci, nie pudełka

O podobieństwach języków, dwujęzyczności, internacjonalizmach i zwiększaniu świadomości językowej opowiada dr hab. Agnieszka Otwinowska-Kasztelanic, filolog angielski i językoznawczyni

rozmawiała: Ola Rzążewska

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Moja koleżanka rozważała wychowywanie dziecka jako dwujęzycznego, ale obawiała się, że w konsekwencji syn będzie miał mniejszy zasób słownictwa w języku polskim. Czy to tak właśnie działa?

Zacznijmy od tego, kim jest osoba dwujęzyczna. W 1933 r. Leonard Bloomfield stworzył definicję dwujęzyczności – to rodzima albo doskonała znajomość dwóch języków. Ta definicja jest dość krzywdząca dla wszystkich, którzy nie znają obu języków doskonale, czyli większości ludzi na świecie. Później tej kwestii próbowali przyjrzeć się też inni naukowcy. Niektórzy twierdzili, że wystarczy minimalna umiejętność powiedzenia czegoś w drugim języku, by mówić o dwujęzyczności. W zasadzie w tej chwili przyjmuje się, że dwujęzyczność to naprzemienne używanie w codziennym życiu dwóch języków.

I wcale nie trzeba tego drugiego języka znać doskonale?

Nie, wystarczy funkcjonalna znajomość dwóch języków, żeby nazwać kogoś dwujęzycznym. Jeśli więc mamy dziecko polskich rodziców mieszkające za granicą, chodzące do szkoły np. w Anglii, nazywamy je dzieckiem dwujęzycznym, mimo że się nie wychowało w rodzinie dwujęzycznej. Co więcej, wszyscy, którzy uczą się jakiegoś języka obcego i zaczynają go używać aktywnie, mogą być uznani za dwujęzycznych. Nawet jeśli tylko oglądają filmiki na YouTubie albo grają w gry komputerowe aktywnie używając języka. A nawet możemy mówić, że są wielojęzyczni, bo dwujęzyczność jest przecież formą wielojęzyczności, czyli umiejętności używania wielu języków. Do tego zresztą zachęca nas polityka językowa Rady Europy – byśmy byli otwarci na inne języki i stojące za nimi inne kultury. Do bycia wielojęzycznym wystarczy, że będziemy znać bardzo dobrze język rodzimy, drugi język naprawdę nieźle, a posługiwać się do pewnego stopnia również innymi językami.

Jeśli drugi język opanuję na bardzo dobrym poziomie np. w wieku 30 lat, to moja polszczyzna będzie dość bogata, bo budowałam jej znajomość przez lata. Ale co się dzieje, kiedy dziecko dorasta w rodzinie, w której w codziennym użyciu są dwa języki? Czy wtedy ten język „podstawowy” nie będzie uboższy, niż w sytuacji, gdyby był tym jedynym?

Spójrzmy na to od drugiej strony – badania wskazują na to, że dzieci dwujęzyczne inwestują dwa razy więcej wysiłku w poznawanie języków. Rzeczywiście znają trochę mniej słów w każdym swoim języku. Ale jeśli dodamy do siebie słowa z obu języków, to się okaże, że w sumie znają ich więcej, niż ich jednojęzyczni rówieśnicy. Natomiast drugą sprawą jest dominacja językowa – jeżeli pani znajoma ma męża, który jest obcokrajowcem, ale mieszkają w Polsce, to wiadomo, że dziecko będzie miało o wiele mniejszy kontakt z językiem taty. Siłą rzeczy język polski będzie dla dziecka dominujący, bo będzie je otaczał.

I zasób słów w języku polskim będzie się szybciej rozrastał?

Oczywiście i to naprawdę nie będzie dla dziecka żadnym problemem.

Może niektórzy wyobrażają sobie, że ten magazyn pamięciowy, jaki mamy w głowie, jest zbyt mały, by zmieścić w nim tak wiele słów.

Pamięć to nie są pudełka czy szufladki. Nie jest tak, że w jednej szufladce mamy jeden język, np. ojczysty, a gdy uczymy się drugiego, to ta pierwsza szufladka jest spychana na jakieś dalsze miejsce. Tzw. leksykon mentalny, czyli te wszystkie słowa, które mamy w umyśle, to są całe sieci powiązań tak intensywne, że czasem trudno wyłączyć ten drugi język. Nawet jeśli mówimy po polsku, a jesteśmy dwujęzyczni, to przypominają nam się słowa z drugiego języka.

Czy uczymy się drugiego języka równie chętnie bez względu na to, o jaki język chodzi?

Na pewno zależy to częściowo od prestiżu języka, np. wydaje się nam, że powinniśmy inwestować w naukę angielskiego, bo jest właśnie prestiżowy. Z drugiej strony, nie w każdym kraju, w którym mieszkają Polacy, nasz rodzimy język jest prestiżowy. Jeśli jest, rodzice będą się starali go przekazać dziecku. Jeśli nie, łatwiej im będzie zrezygnować z używania polszczyzny w kontaktach z dzieckiem. Razem z koleżankami Rosjankami – z Cypru, Izraela, Szwecji i Irlandii – przebadałyśmy kilkaset rosyjskojęzycznych matek, z rodzin o porównywalnym statusie społecznym i majątkowym. Wnioski są takie: to, co liczy się w przekazywaniu języka rodzimego przez matkę, to aktywne używanie języka w domu i utożsamianie się matki z tym językiem i stojącą za nim kulturą. Jeśli matce bliżej do innego, bardziej prestiżowego języka i kultury, to przestaje ona używać języka rodzimego w domu, a w konsekwencji jej dzieci go znają słabiej lub nie znają wcale.

Zastanawiam się, czy angielski – najpopularniejszy dla Polaków drugi język – jest naprawdę prestiżowy. Może jest nam po prostu potrzebny?

Angielski jest językiem, którym jesteśmy się w stanie porozumieć w wielu krajach, bo jest najpopularniejszym językiem uczonym w Unii Europejskiej. Ale nie ma w nim niczego, co by sprawiało, że jest łatwiejszy czy piękniejszy niż inne. Po prostu dzięki pewnym uwarunkowaniom społecznym i kulturowym stał się popularny na całym świecie. Najpierw mieliśmy Imperium Brytyjskie i kolonie, później nastąpił wzrost ekonomicznego znaczenia Stanów Zjednoczonych oraz kultury amerykańskiej wpływającej na cały świat. Angielski stał się też językiem nauki. Jego prestiż wynika więc z powszechności użycia.

Od którego momentu w nauce języka obcego zaczynamy zauważać, że języki mają punkty wspólne?

Im więcej znamy języków, tym jest nam łatwiej. Kiedy uczymy się pierwszego języka obcego, zajmuje nam to dużo czasu i dopiero na poziomie średnio zaawansowanym czy nawet wyżej zaczynamy świadomie zauważać podobieństwa do języka rodzimego. Wcześniej dostrzegamy coś nieintencjonalnie, nie jesteśmy w stanie tego nazwać. Osoby, które osiągnęły poziomy średnio zaawansowane w nauce kilku języków zaczynają zwracać dużo uwagi na podobieństwa między językami. Gdy znamy dobrze dwa języki obce lub więcej, ta umiejętność pojawia się dużo wcześniej – widzimy, że są słowa, które brzmią podobnie w różnych językach i mamy już na tyle dużo doświadczenia językowego, żeby zawierzyć intuicji, że te podobieństwa są rzeczywiste.

Ale ma pani na myśli teraz głównie słownictwo czy gramatykę?

Obie te sprawy. Weźmy na przykład czasowniki modalne, takie jak móc, potrzebować i chcieć w angielskim i niemieckim. W zasadzie funkcjonują tak samo. W obrębie grup językowych – języków germańskich, słowiańskich czy romańskich będziemy mieć bardzo dużo podobieństw i bazując na nich, jesteśmy w stanie dużo szybciej uczyć się języków.

Są też internacjonalizmy, czyli słowa, które można znaleźć w różnych językach.

Weźmy na przykład słowo „optymizm”, które zostało stworzone na bazie łacińskiej i w wielu językach brzmi podobnie. Po angielsku „optimism”, po niemiecku „der Optimismus”, po francusku – „optimisme”. Naprawdę warto zwracać na to uwagę, bo dzięki temu mamy możliwość używania bardziej wyszukanego słownictwa, nawet gdy języka obcego nie znamy jeszcze zbyt dobrze. A drugi rodzaj internacjonalizmów to tzw. egzotyki, czyli słowa, które zostały zapożyczone równolegle przez bardzo wiele języków. To np. takie wyrazy jak: „emir”, „puma”, „joga” czy „turban”. Znajdziemy je w wielu językach – od węgierskiego po islandzki, bo nie ma w nich rodzimych ekwiwalentów.

A więc świadomość, że istnieją internacjonalizmy, daje nam jakiś oddech, gdy uczymy się języka obcego. Nie jesteśmy skazani na wkuwanie wszystkich słówek, jest pewna pula wyrazów, które „dostajemy” gratis.

Tak, bo to są słowa, które już znamy i możemy zacząć ich aktywnie używać w nowym języku – wystarczy, żeby ktoś nam wskazał i pomógł zobaczyć podobieństwa i różnice. Na przykład takie, że początki tych słów mogą być w różnych językach identyczne, a różne są końcówki, np. nasza polska końcówka „–cja” będzie w angielskim końcówką „– tion”.

Czy my jesteśmy tego w ogóle uczeni? Czy ten model nauki funkcjonuje w szkołach?

Rzadko, a wynika to z bardzo prostej przyczyny. Używamy w Polsce dwóch rodzajów podręczników – rodzimych i importowanych. Te pierwsze są pisane z myślą o polskim uczniu, raczej tym młodszym, a te drugie są przeznaczone dla osób uczących się angielskiego na całym świecie, więc to musi być produkt, który będzie odpowiadał niemal każdemu. Jeśli ma służyć osobom z różnych krajów, siłą rzeczy pomija się w nim specyfikę pierwszego języka. Choć z drugiej strony to kwestia świadomości językowej nauczycieli, bo przecież taki element mogą sami dodawać do lekcji.

A czy właśnie tak robią?

Niestety dużym problemem jest też to, że kształcimy nauczycieli jako świetnych specjalistów od jednego języka. Mają być kompetentni w tym języku, mają umieć go „wytłumaczyć” i zorganizować pracę grupy. Nie uczymy ich porównywania języków i tego, jak wielki potencjał tkwi w językach rodzimych. I znowu – wynika to z tego, że kształcimy w modelu anglosaskim, czyli staramy się, by nauczyciel był skupiony na jednym, najważniejszym języku.

A przecież nawet zestawiając polski i angielski można dostrzec wiele podobieństw.

Oczywiście, mamy naprawdę olbrzymią pulę wyrazów, które są bardzo podobne, ponieważ oba te języki były pod wpływem łaciny i francuskiego.

W nauce obcego języka mogą nam też pomóc kognaty, prawda?

Och, moje ukochane kognaty! W zależności o tego, jakiego językoznawcę o to spytamy, to usłyszymy inną definicję. Dla jednych kognaty to tylko te słowa, które pochodzą ze wspólnego języka-przodka. Czyli wyrazy „mouse” i „mysz” to będą właśnie kognaty, bo oba wychodzą od praindoeuropejskiego słowa określającego mysz. Takimi słowami będą też „mleko”, „młyn” czy nawet liczebniki występujące w różnych językach. Kognaty bardzo często można znaleźć w językach, które należą do jednej rodziny, np. Polakom tak łatwo rozumieć słowacki, bo mamy bardzo dużo podobnych słów, czyli właśnie kognatów. A trudniej nam rozumieć francuski, bo kognatów mamy z nim mniej, choć tam dla odmiany występują internacjonalizmy, które mają rodowód łacińsko-grecki oraz zapożyczenia z francuskiego do polskiego. Według niektórych definicji kognaty to po prostu te słowa, których forma i znaczenie są podobne pomiędzy językami, więc będą do nich też należeć zapożyczenia.

Czy kognaty też mają taką moc, która ułatwia nam większą swobodę w posługiwaniu się obcym językiem?

Tak, to są słowa „magiczne”. Jestem ich wielką fanką, związałam z nimi kilkanaście lat mojej pracy. Kiedy 20 lat temu uczyłam angielskiego w dobrej szkole językowej, wydawało mi się, że jedna z moich słuchaczek z grupy średnio zaawansowanej jest na zupełnie innym poziomie, niż pozostali. Mówiła używając bardziej wyrafinowanego słownictwa niż pozostali. Z drugiej strony pisała testy podobnie jak grupa, robiła te same błędy charakterystyczne dla poziomu średnio zaawansowanego. Okazało się, że jest romanistką i używa internacjonalizmów i kognatów, które przychodzą jej do głowy, bo istnieją też w języku francuskim. Brała je garściami z tego języka, dlatego jej wypowiedzi brzmiały tak niesamowicie „zaawansowanie” w porównaniu z wypowiedziami innych uczniów. Postanowiłam zacząć to zjawisko badać.

Czy widzi pani jakieś minusy wielojęzyczności?

Żadnych. Wielojęzyczność daje swobodę podróżowania, nawiązywania kontaktów, dobre samopoczucie za granicą, bo jesteśmy w stanie zrozumieć napisy, wiemy dokąd pójść, umiemy zapytać o coś przechodniów na ulicy. To jest po prostu wielka frajda. Dodatkowo otwiera umysł na inne kultury. Stajemy się bardziej tolerancyjni, dlatego, że rozumiemy, że mogą być różne punkty widzenia i dostrzegamy, że w niektórych językach nie istnieją pewne pojęcia. Plusem jest korzystanie z kultury i z nieprawdopodobnych zasobów internetu. Dla mnie plusem jest też możliwość nawiązywania kontaktów z innymi ludźmi.

A czy są badania pokazujące, że osoby wielojęzyczne mają większą łatwość uczenia się także innych rzeczy?

Myślę, że taka umiejętność powinna być transferowalna. Nie umiem jednak przytoczyć badań, które by na to wskazywały. A może to są właśnie badania, które powinniśmy przeprowadzić?

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2018.

OJczysty - dodaj do ulubionych