logotyp
Dr hab. Agnieszka Budzyńska-Daca

Dr hab. Agnieszka Budzyńska-Daca jest Kierownikiem Zakładu Retoryki i Mediów w Instytucie Polonistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego i wiceprzewodniczącą Polskiego Towarzystwa Retorycznego.

Tak działa słowo

O logistyce komunikacji, dobrych i złych mówcach oraz pakowaniu swoich myśli opowiada dr hab. Agnieszka Budzyńska-Daca z Uniwersytetu Warszawskiego

rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Retoryka to chyba trochę staromodne słowo? Wielu osobom kojarzy się ze sztuką pięknego mówienia uprawianą w starożytności.

A innym – niestety – z medialnym komentarzami typu: „to tylko retoryka”, które mają znaczyć: „to pustosłowie”, „to mydlenie oczu”, „to fasada”, „to przerost formy nad treścią” czy wręcz „to manipulowanie”. Czasem też używa się tego słowa, kiedy ma się na myśli stylistykę albo dyskurs, np. „to retoryka feministyczna”.

Zacznijmy więc od początku.

Retoryka jako teoretyczna refleksja narodziła się 2,5 tys. lat temu w Atenach, w społeczeństwie demokratycznym. Polityków nazywano wówczas retorami. Obywatele dyskutowali ze sobą na zgromadzeniach ludowych, uczestniczyli w rozprawach sądowych, gdzie sami musieli bronić swoich spraw. W ten sposób ścierały się różne racje, różne poglądy i stanowiska. Na temat retoryki wypowiadali się ówcześni filozofowie. Platon np. szczerze tej retoryki nie lubił. Obserwując to, co się dzieje na agorze, potępiał praktyki retoryczne i uważał je za szkodliwe. Sofiści natomiast wykorzystywali dobrą koniunkturę i zajmowali się szkoleniem tych, którzy chcieli występować publicznie, uczyli ich jak zjednywać sobie sympatię i poparcie tłumów. Uważali spory za naturalny element demokracji, a umiejętność przemawiania była ich zdaniem niezbędna, jeśli ktoś chciał się zajmować polityką. Arystoteles patrzył na retorykę szerzej – jak na niezwykle przydatne narzędzie, które umożliwia ludziom komunikowanie się. Nazwał ją sztuką wynajdywania tego, co ma zdolność do przekonywania. Dzięki retoryce możemy więc zjednywać sobie ludzi, wpływać na ich postawy, dogadywać się ze sobą.

Albo coś komuś sprzedawać.

Oczywiście. Wachlarz możliwości jest szeroki. Samo narzędzie jest neutralne, nieprzypisane do żadnego typu perswazji, do żadnej sytuacji komunikacyjnej. Można go używać zachęcając do głosowania na partię polityczną, do sprzedaży, do modlitwy, do dyskusji naukowych, do motywowania, obrażania, chwalenia, słowem do przekonywania i budowania wspólnoty wokół jakichś wartości.

Jak działa retoryka?

Wyobraźmy sobie, że mamy możliwość, by zaglądać do ludzkich głów. Mamy przed sobą dwie otwarte głowy – nauczyciela i ucznia. Niech to będzie lekcja geografii. Nauczyciel ma wytłumaczyć, jak powstają huragany. Jeśli chce skutecznie przekazać tę wiedzę, powinien uporządkować swoje myśli w taki sposób, aby dały się dobrze przygotować do wysyłki, a potem wysłać je – za pomocą słów i gestów w kierunku ucznia. Zaglądamy teraz do głowy ucznia. Tam dociera spakowany komunikat który zostaje odebrany i rozpakowywany, a więc zinterpretowany. Dobremu nauczycielowi, świadomemu działania słów, zależy na tym, by myśli popłynęły w sposób jak najbardziej precyzyjny, żeby podczas transferu wiedzy od nadawcy do odbiorcy straty były jak najmniejsze i by przekaz dotarł nienaruszony. I to jest retoryka. Tak robią wszyscy mówcy, chcący świadomie oddziaływać na innych, np. politycy. W ich głowach są pewne idee, które chcą przetransferować do milionów wyborców. Ale każdy wyborca jest inny – ma inne nastawienie, emocje, potrzeby, dążenia. Trzeba im wysłać przekaz, który do nich trafi, który będą mogli zinterpretować w odpowiedni sposób. Oczywiście współczesnych polityków zawsze otacza sztab ludzi, którzy pomagają im ukształtować wypowiedź w taki sposób, by trafiała skutecznie do dużej grupy odbiorców. Ten proces porządkowania i pakowania myśli, to właśnie retoryka. Można więc powiedzieć, że retoryka to taka logistyka komunikacji.

Retoryki można się nauczyć?

Oczywiście. Niektórzy mają naturalne predyspozycje, by stać się świetnymi mówcami, inni muszą poświęcić dużo czasu, by w tej sztuce osiągnąć biegłość. Bardzo lubię taką sentencję Ralpha Waldo Emersona: „Wszyscy dobrzy mówcy, byli kiedyś złymi mówcami”. To pozwala początkującym oratorom spojrzeć z dystansu na swoje aktualne umiejętności.

Na czym polega nauka retoryki?

Możemy oczywiście analizować wypowiedzi innych – badać strukturę argumentacyjną, zastosowane figury stylistyczne, analizować sytuację komunikacyjną, dowiadywać się jak działają słowa. Można też uczyć się retoryki w praktyce mówniczej. Jedną z ciekawych form treningu retorycznego są debaty. To takie dyskusje, które odbywają się wedle określonych reguł. Biorąc w nich udział, można w bezpiecznych warunkach zobaczyć, jak działa słowo. To z jednej strony duża frajda dla uczestników, a z drugiej okazja, by uczyć się krytycznego myślenia, odwagi w wyrażaniu swoich opinii, trzymania nerwów na wodzy, a także pokory i zrozumienia dla racji i poglądów drugiej strony sporu. Takie umiejętności przydają się w każdym zawodzie. Polecam też np. warsztaty z negocjacji, na których z kolei dowiadujemy się, co trzeba zrobić, żeby osiągnąć porozumienie, jak się dogadać w sytuacji konfliktowej. Umiejętność dobrego wyrażania siebie i swoich celów jest kluczowa, żeby ludzie mogli ze sobą współpracować. W nauczaniu retoryki praktycznej ważne są zarówno umiejętności negocjowania, jak i debatowania, zarówno przemawiania publicznego, jak i porozumiewania się w sytuacjach prywatnych. Retoryka jest rdzeniem tych wszystkich umiejętności.

Trzeba się więc nauczyć, jak porządkować, pakować i wysyłać swoje myśli – ubrane w słowa i gesty – do innych ludzi.

Co ważne, komunikujemy się na trzech poziomach. Arystoteles nazwał te wymiary ethos, logos i pathos. Ethos to nasza osobowość – gdy się komunikujemy z innymi, dajemy im siebie, mówimy jednocześnie coś o sobie. Logos czyli słowo, ale także problem, który rozstrzygamy w dyskusji, to sprawa, której dotyczy rozmowa. A pathos to emocje tej drugiej strony. Kiedy zastanawiamy się, jak coś zakomunikować, musimy zadać sobie kilka pytań. Po pierwsze, czy jesteśmy dobrze wewnętrznie przygotowani, żeby powiedzieć to, co chcemy powiedzieć, jakie są nasze emocje, czy jesteśmy wiarygodni i jak będziemy postrzegani przez odbiorców. Układając swoją wypowiedź, jednocześnie otwieramy się na drugiego człowieka, staramy się zrozumieć jego racje i uczucia. Dialog rodzi się w porozumieniu. Spośród różnych środków, które mamy do dyspozycji – argumentów, struktur, figur, konstrukcji – powinniśmy wybrać te, które dobrze zagrają w konkretnej sytuacji. W retoryce używa się określenia kairos na to właśnie zjawisko – oznacza ono użycie właściwych słów we właściwym momencie.

Kiedy rozmawiamy o retoryce, myślimy przede wszystkim o politykach, mediach, specjalistach od public relations, marketingu, promocji, ewentualnie o prawnikach czy wykładowcach. Czy retoryka przydaje się też na co dzień zwykłym użytkownikom języka?

Dziś mówi się o retoryce także w kontekście sytuacji interpersonalnych, prywatnych. Staje się ona po prostu umiejętnością skutecznego porozumiewania się, radzenia sobie np. w sytuacjach konfliktowych. Czasem jest tak, że wiemy, co chcemy powiedzieć, i jak to zrobić, ale w kontakcie z drugą osobą gubimy ten swój argumentacyjny porządek, ponieważ dajemy się ponieść emocjom i wszystko się komplikuje. Uświadomienie sobie, jak dużo zależy od właściwego doboru słów i sposobu wyrażenia myśli, może pomóc w wyprostowaniu naszych zawiłych relacji z innymi. Retoryka w kontaktach międzyludzkich jest więc niesłychanie ważna.

Mam wrażenie, że teraz coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z siły słów. Mamy np. prawdziwy wysyp mówców motywacyjnych.

Rzeczywiście, mnóstwo osób chce nam teraz radzić, jak sobie powinniśmy ułożyć życie. Mają ogromną świadomość tego, jak oddziałują na innych i uczą zasad skutecznego wywierania wpływu na ludzi właśnie przy pomocy słów. Myślę, że także w szerszym kontekście nadeszła era namysłu nad słowem i renesans retoryki, nawet jeśli jej nazwa nie pada. W dobie mediów elektronicznych komunikacja stała się niesłychanie skomplikowana. Przekaz, który wypuszczamy w otwartą przestrzeń, może do nas wrócić w zupełnie innej postaci. Prosty schemat mówca – odbiorca przestał mieć zastosowanie. Dziś odbiorca często natychmiast staje się też nadawcą. Wiele wypowiedzi żyje swoim własnym życiem, zupełnie niezależnie od intencji mówiącego – ktoś coś wytnie, ktoś przerobi, zmieni kontekst. Słowo jest poddawane bezustannej obróbce. Nie bez przyczyny mówi się, że żyjemy w czasach postprawdy. Komunikacja jest wielowymiarowa i mamy prawo czuć się zagubieni.

Kiedy przygląda się Pani tym, którzy przemawiają publicznie, np. politykom, ma Pani wrażenie, że wszystko, co mówią, jest uporządkowane, przemyślane i nastawione na cel?

Wiele zależy od tego, z jakiego kalibru politykiem mamy do czynienia i o jakiego rodzaju uporządkowaniu myślimy. Ile razy po spotkaniu ważnych polityków słyszeliśmy: „To była dobra rozmowa!”. Ale co to znaczy? Absolutnie wszystko i zupełnie nic. Intuicyjnie wyczuwamy, że ten rodzaj uporządkowania jest zasłoną broniącą dostępu do rzeczywistych zdarzeń. Wiele razy dostaliśmy tak „zapakowany towar” i reagujemy bezemocjonalnie, schematycznie, nie mamy czego interpretować. Przyzwyczailiśmy się do tego, że wszystko jest spreparowane i nawet nie wsłuchujemy się w to, co mówią politycy, bo mamy poczucie, że uczestniczymy w dobrze znanym spektaklu. Podobnym spektaklem były ostatnie finałowe debaty przedwyborcze. Odpowiedzi na pytania były dokładnie opracowane, choć nie zawsze do pytań pasowały. Politycy po prostu często mówią to, co zaplanowali, że powiedzą. A właściwie mówią to, co dla nich zaplanował sztab doradców, którzy przygotowują treść wystąpień i tłumaczą, jak się zachowywać, jak intonować, jak gestykulować. Cały obszar public relations, który też ma korzenie retoryczne, bardzo się stechnicyzował. Myślę zresztą, że ludzie są zmęczeni sztucznością tych schematów. Przekaz spontaniczny, inaczej „spakowany”, dający wrażenie szczerego, może być teraz, moim zdaniem, skuteczniejszy. Tęsknimy za czymś autentycznym.

Jest jeszcze jedno ciekawe słowo, które warto przy tej okazji przypomnieć. Czym jest erystyka?

To sztuka prowadzenia sporu albo – jak mówią inni – wygrywania sporu. Ten drobiazg robi wielką różnicę w ocenie samej erystyki. Jeśli zostaniemy przy pierwszej definicji i uznamy, że spór jest rzeczą naturalną w demokracji, erystyka będzie dla nas częścią argumentowania w sporze. Powszechnie sądzi się jednak, że erystyka dotyczy tych działań argumentacyjnych, które są nieuczciwe, choć próbują uchodzić za rzetelne, i mają na celu wyłącznie pokonanie przeciwnika. Także Arystoteles o argumentach erystycznych mówił, że są nierzetelne, a chciałyby za takie uchodzić. Schopenhauer dodał swoje trzy grosze do rozumienia erystyki i dzięki ogromnej popularności jego małej rozprawki wyobrażenie na temat posługiwania się argumentami tzw. erystycznymi nieco się zmieniło. Erystyka się zrelatywizowała. Są takie zachowania argumentacyjne, które trudno zaakceptować, np. doprowadzanie rozmówcy do złości w dyskusji, obrażanie rozmówcy, wmawianie mu, że zaakceptował naszą tezę itp. Są też takie, które można usprawiedliwić. Kiedy jeden dyskutant wytyka drugiemu niekonsekwencję w zachowaniu, czyli to, że co innego mówi, a co innego robi, to taki zabieg określa się mianem argumentu ad hominem. Powszechnie uznaje się ów sposób przekonywania za pozamerytoryczny. Ale jeśli wytknięte oponentowi zachowanie związane jest z przedmiotem sporu, to można potraktować je jako merytorycznie uzasadnione, np. krytykujesz palaczy, a sam palisz. Warto jest jednak promować argumentację merytoryczną jako trwalszą, wymagającą większego zaangażowania intelektualnego, a przez to bardziej satysfakcjonującą poznawczo.

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2018.

OJczysty - dodaj do ulubionych