logotyp
Dr Agata Hącia

Dr Agata Hącia jest językoznawcą, współpracownikiem Rady Języka Polskiego, wykładowcą Uniwersytetu Warszawskiego

Dobrze jest, jak ja mówię?

O tym, ile warstw ma język, czy poizbuszek mógłby być wygodniejszy niż szlafrok i dlaczego nie warto dedykować przejścia pieszym, opowiada dr Agata Hącia

rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

Podziel się Wykop Zaćwierkaj 

Jakie błędy najbardziej cię denerwują?

Prywatnie nie znoszę słowa „rekomendacje” w nowym znaczeniu, które rozpanoszyło się najpierw w języku urzędowym, a potem przeszło do potocznego. Oczywiście można komuś rekomendować – czyli: polecać – film czy książkę, ale kiedy „rekomendacje” stają się „zaleceniami” czy „wytycznymi”, relacja partnerska zmienia się w narzucanie innym czegoś z pozycji władzy. Mylenie tych dwóch perspektyw bardzo mnie drażni. Nie lubię też „dedykowanego”, a słyszałam ostatnio nawet o „przejściu dedykowanym pieszym” i „karcie dedykowanej do konta”. Dedykować można utwór, czyli stworzyć go z myślą o kimś i to zapisać. Ale dedykowanie przejścia pieszym? Hmm… „Dzieło” zgoła innego kalibru… Bo po prostu chodzi o przejście dla pieszych. To więc mnie drażni prywatnie. Ale zawodowo na błędy staram się nie patrzeć przez pryzmat emocji. Zastanawiam się raczej nad tym, o jakim sposobie myślenia o języku i o jakich mechanizmach świadczą.

Czym się różni błąd od innowacji językowej?

Można powiedzieć, że błąd to innowacja niezaakceptowana. Tylko przez kogo niezaakceptowana? Przez tych, którzy ustalają normy. A kto ustala normy? Większość ludzi odpowie, że językoznawcy, którzy piszą słowniki, np. profesorowie Jerzy Bralczyk, Jan Miodek i Andrzej Markowski. Tymczasem językoznawcy (i redaktorzy słowników) tylko kodyfikują normę, a ustala ją społeczeństwo, przynajmniej pewna jego część – ta bardziej świadoma, wykształcona, nazywana „inteligencją humanistyczną”. (Oczywiście współcześnie nie możemy być do końca pewni znaczenia tego pojęcia, ale to osobna kwestia). Tylko co się stanie, kiedy większość wykształconych użytkowników polszczyzny zacznie mówić „wziąść” i „poszłem”? Czy wtedy trzeba będzie uznać, że te formy są jednak poprawne? Na wiele takich pytań nie ma dobrych odpowiedzi.

Są jednak takie innowacje, które nie wywołują wielkich emocji i po cichu wchodzą do słowników.

Tak, choćby „bankomat”, „parkomat” czy „kawomat”, które powstały całkiem niedawno i świetnie sobie radzą. Są poprawnie zbudowane, pojawiły się w różnych tekstach, a potem – przez zapisanie tych słów w słownikach – potwierdzono, że należą one do normy. To ważne, że „potwierdzono”, a nie „zdecydowano”. Słownikarze są tylko na usługach prawdziwych twórców języka, czyli nas wszystkich. Trzeba pamiętać, że język żyje dzięki nam. To, co myślimy o świecie i jak o nim myślimy, wpływa na to, jaki ten nasz język jest. A często nie podoba nam się w języku to, co nie podoba nam się w innych ludziach.

Niektórzy są bardzo przywiązani do swoich przekonań o języku.

Tak, czasami nawet ślepo. I uznają te swoje przekonania za normę, za „oczywistą oczywistość”. Tymczasem jest subtelna, acz istotna różnica między tym, czym norma jest, a tym, czym się ona niektórym wydaje. Według naszego, językoznawczego ujęcia, normą można nazwać wszystko to, co jest w języku poprawne. Ale niektórzy normę utożsamiają z tym, co sami uznają za wzorcowe. Taka postawa, która wyraża się w stwierdzeniu: „Dobrze jest tak, jak ja mówię!”, to puryzm egocentryczny. Wiele osób myśli w ten sposób, choć nie wszyscy się do tego przyznają.

Jest też puryzm nacjonalistyczny czyli przekonanie, że dobre może być tylko to, co polskie.

Wiąże się z tym chęć, by oczyścić język, odchwaścić, usnąć z niego to, co jest obce, a w domyśle – to, co nam zagraża. Tu niestety pojawia się problem. Bo o ilu słowach można powiedzieć, że są rdzennie polskie? Mniej więcej 30–40 proc. używanych przez nas wyrazów da się uznać za głęboko słowiańskie, a cała reszta – czyli większość – to pożyczki. Bez tych suwenirów polszczyzna byłaby uboga. Jeśli ktoś mówi o tym, że pozbycie się zapożyczeń pozwoli wydobyć „perłę polszczyzny”, nie zna albo nie chce dostrzec faktów.

Są też ludzie, którzy twierdzą, że kiedyś język był piękny, a teraz polszczyzna schodzi na psy.

Tak myślą i mówią ci, którzy mają skłonność do idealizacji i mitologizacji przeszłości. Zapamiętali z niej tylko to, co dobre, resztę wymazali gumką, dlatego niedoskonałości widzą wyłącznie w obecnym kształcie języka. Polszczyznę zaś minionego okresu uznają za idealną. Opowiadają, że mieli wspaniałych nauczycieli, którzy doskonale mówili po polsku i wszystkiego ich nauczyli. I teraz – w domyśle – oni sami są redutami tej „dawnej, dobrej, pięknej” polszczyzny. Muszą jej bronić przed zmianami, przed współczesnym obliczem, o którym myślą, że jest nowe, złe, brzydkie. To jeszcze inne, tradycjonalistyczne oblicze puryzmu.

Puryzm to postawa charakterystyczna dla Polaków?

Tak, bo opiera się na emocjach, a my właśnie nimi często się kierujemy w wyborach życiowych. Można pomyśleć, że to świetnie, bo gra w nas „dusza słowiańska” i „mamy serce na dłoni”, co wielu uważa za zaletę. I rzeczywiście, w czasach niewoli ta postawa się sprawdziła – emocje pozwoliły na ocalenie polszczyzny przed naleciałościami, a – jak wiemy z historii – programy germanizacyjne i rusyfikacyjne skupiały się wokół walki o język. Polszczyzny zakazywano, bo wiedziano (choć było to na długo przed Wittgensteinem), że to, jakiego języka używamy, wpływa na to, jak postrzegamy świat i co uznajemy za ważne, a nawet: z którym narodem się utożsamiamy. Postawy purystyczne wiążą się więc – i to jest uzasadnione – z sytuacją realnych zagrożeń. Gorzej, gdy zagrożenie jest tylko wyimaginowane, a my działamy tak, jakby istniało. Niepotrzebnie się nakręcamy, mówiąc po młodzieżowemu. Czyżbyśmy tak lubili się bać, że wszędzie szukamy niebezpieczeństw i przełączamy myślenie i działanie na tryb alertowy lub nawet wojenny? Sądzę, że współcześnie lepiej sprawdziłaby się postawa racjonalna, dojrzała, oparta na obserwowaniu i analizie faktów językowych, tego, co się dzieje w świecie i jak myślą ludzie. O dwóch rzeczach warto pamiętać. Po pierwsze, język ma potencjał do zakomunikowania naprawdę wszystkiego tego, to chcemy wyrazić. Korzystajmy z tego! Po drugie, język jest wartością samą w sobie. Nie musi być tylko narzędziem – może być czymś, o co chcemy się po prostu troszczyć. Ale to nie znaczy, że trzeba zamykać się na to, co nowe. Tak jak wychowując dzieci niezbyt dobrze jest je zamykać w domu w obawie przed niebezpieczeństwami tego świata, tak też izolacyjne nastawienie w odniesieniu do języka – nie służy mu. Niestety nas raczej pociągają skrajności – albo jesteśmy purystami, albo zupełnie nas nie obchodzi, co się z językiem dzieje. Ta druga postawa to leseferyzm, czyli takie „co będzie, to będzie”, albo nawet indyferentyzm: „język w ogólnie nie jest ważny, więc nie ma co zaprzątać sobie nim głowy”. Niestety nie ma jeszcze badań, które mogłyby pokazać, ilu Polaków reprezentuje te postawy; w gronie językoznawczo-socjologicznym przymierzamy się jednak do tego, aby podjąć trud takiej pracy, wymaga to jednak wielu przygotowań.

Bardziej widoczni są jednak puryści.

Tak, np. dlatego, że zawsze lubili ogłaszać konkursy na polskie odpowiedniki wyrazów obcego pochodzenia, by w ten sposób „oczyszczać” polszczyznę. W latach 50. próbowali się pozbyć „szlafroka” – wyrazu o rodowodzie niemieckim. W konkursie zwyciężyła „podomka”. I rzeczywiście, to słowo się przyjęło, ale nie mówi się tak na płaszcz kąpielowy (czym szlafrok jest dla nas dzisiaj) ani na luźny strój domowy przypominający płaszcz (czym szlafrok był niegdyś), tylko na strój, który kobiety zakładają, żeby się nie pobrudzić podczas wykonywania prac gospodarskich.

A my nadal chodzimy w szlafrokach.

Tak. Dla rozrywki tylko możemy sobie poczytać o tym, że uczestnicy „antyszlafrokowego” konkursu zaproponowali wtedy mnóstwo określeń, m.in. „dyskretnik”, „fantazyjnik”, „niezbędnik”, „okazyjnik”, „praktycznik”, „powierzchownik”, „zacisznik”, „przytulnik”, „domownik”, „leniwiec”, „wygodniak”, „wcześniak”, „intymka”, „przyzwoitka”, „strojnik”, „kokietnik”, „poizbuszek”, „okryjciałko”. Kolejny ciekawy konkurs został ogłoszony w 1996 r. pod hasłem „Język do prania”. Miała to być zabawa, ale padło na podatny grunt: chęci do pozbywania się „brudu”, a więc anglicyzmów, które uważano za straszne zagrożenie. Na celowniku znalazł się m.in. „sex shop”. Uczestnicy konkursu zaproponowali, by nazywać go „miłośniakiem”, „chucikiem”, „intymniakiem”, „rozkoszniakiem” czy „cieleśniakiem”. Zamiast „fast food” mielibyśmy mówić „wcinanki”, „szybkożer” albo „pędziżarcie”, a odpowiednikiem „stringów” mogłyby zostać „bidamajtki”. Oczywiście – tylko gdyby ten konkurs, tę zabawę potraktować serio.

Anglicyzmy nie są groźne?

To niepopularne, co powiem, ale uważam, że nie trzeba się ich obawiać. Zapożyczeń z innych języków zresztą też. Zachęcałabym raczej, by w pożyczkach widzieć szansę na wzbogacenie tego, co już w języku mamy. Podobnie jest z wpływami kulinarnymi: nie musimy się skazywać na wiecznego schabowego z ziemniakami i surówką. Czasem możemy na obiad zjeść sushi, lasagne, kebab lub zupę pho (choć Wietnamczycy jadają ją na śniadanie). Wracając do polszczyzny: większym niż zapożyczenia problemem wydaje mi się to, że wielu ludzi traktuje język jak monolit i nie dostrzega jego złożoności. A z językiem jest trochę jak ze strojem – inaczej ubieramy się, kiedy idziemy do cioci na imieniny, inaczej na egzamin, inaczej do klubu. Czasem wypada założyć krótką spódnicę, czasem nie. Dlatego tak ważne jest uwrażliwianie zwłaszcza młodych ludzi na to, że język żyje, zmienia się i jest wielowarstwowy. Dzięki tej jego złożoności łatwiej nam dostrzec wielowymiarowość rzeczywistości. I odwrotnie: im głębiej zaglądamy pod podszewkę wydarzeń, tym precyzyjniej mamy szansę opisać to, co widzimy, bo budzi się w nas chęć szukania określeń dla różnych odcieni życia, które nie jest czarno-białe i w którym nie ma prostych recept na trudne sprawy. Chodzi więc o to, żeby być bogatszym w postrzeganiu rzeczywistości – w interpretowaniu jej – i w mówieniu o niej.

Wiele osób chce o języku rozmawiać. Piszą do internetowej poradni językowej PWN-u albo do poradni uniwersyteckich, dzwonią do radia, kiedy tylko nadarza się okazja.

Często odpowiadam na te pytania. Zadają je przeważnie miłośnicy polszczyzny. Czasem dręczą ich zadziwiające wątpliwości, np. czy kret ryje „w ziemi” czy „pod ziemią”. Często też domagają się jednoznacznych rozstrzygnięć, nie lubią wariantywności i wieloznaczności, tak typowej dla polszczyzny. Dla wielu z nich rozmowa o języku jest jednak tylko pretekstem do tego, by powiedzieć, co w ogóle myślą o świecie. To znaczy, że – bardzo słusznie zresztą – postrzegają sprawy językowe jako furtkę pozwalającą na przejście do głębszej refleksji o naturze rzeczywistości.

A czy my, użytkownicy polszczyzny, mamy dużą wolność językową? Czy zasady poprawności bardzo nas krępują?

W wielu sytuacjach mamy dużą swobodę w doborze środków językowych. Bank może napisać do swojego klienta: „Niniejszym informujemy, że pana reklamacja została odrzucona” albo: „Z przykrością informujemy, że niestety nie możemy uwzględnić pana reklamacji”, a więc może potraktować kogoś przedmiotowo albo podmiotowo. Chodzi o to, żebyśmy wiedzieli, jakie są możliwości manewru, czyli jakie możliwości daje nam język. Warto tak budować wypowiedź, by pokazać, że dostrzegamy i szanujemy odbiorcę przekazu. Warto też mieć świadomość, jak wpłynie na niego to, co mu zakomunikujemy. Na tym polega odpowiedzialność za słowo. Niestety dla wielu osób najważniejsze jest realizowanie własnej potrzeby ekspresji. Często więc w konfliktach – czy to prywatnych, czy społecznych – mamy raczej taką sytuację, że dwie strony mówią obok siebie, a nie do siebie nawzajem. I te ich słowa mijają się, zamiast się spotkać. A tylko wtedy byłby możliwy dialog. Zgadzam się z prof. Bogdanem de Barbaro, że często w takich sytuacjach konfliktowych obie strony krzyczą, zamiast rozmawiać. I kompletnie się nie słyszą. Polszczyzna jest elastyczna, poradzi sobie z anglicyzmami, tym nie warto się aż tak przejmować. Ale jeśli stracimy językową wrażliwość, nie będziemy szukali porozumienia i nie nawiążemy ze sobą dialogu, będziemy mieli prawdziwy problem.

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2018.

OJczysty - dodaj do ulubionych