logotyp

Pożegnanie lata. Rozwiązanie pierwszego konkursu!

opublikowano: 2018-09-18 19:59:22

Na początku przedstawiamy nasze jury:
- dr Agata Hącia jest językoznawcą, współpracownikiem Rady Języka Polskiego, wykładowcą Uniwersytetu Warszawskiego,
- Anna Dąbrowska to dziennikarka, redaktorka i wykładowczyni akademicka,
- prof. dr hab. Michał Kuziak jest historykiem literatury z Uniwersytetu Warszawskiego;

Musimy wszyscy zgodnie przyznać, że dostaliśmy mnóstwo świetnych tekstów o pożegnaniu lata – prawdziwych i zmyślonych, zabawnych, ironicznych, poruszających.

Po długich dyskusjach jury zdecydowało, że czytnik e-booków powinien trafić do Macieja Janiszyna. Dlaczego?

Prof. dr hab. Michał Kuziak: Bohaterami tej fikcyjnej opowiastki są ptaki, żegnające się przed końcem lata, przed odlotem rodziny jerzyków. Opowiadanie (przypominające bajkę?) zostaje umiejętnie skonstruowane z dialogów ptaszków. Niepostrzeżenie przeradza się przy tym w swego rodzaju filozoficzną przypowiastkę o losie i konieczności.

Dr Agata Hącia: To optymistyczna historia nie tylko o lecie, ale także o przyjaźni. Bohaterowie uczą się swoich uczuć – i tego, że na niektóre sprawy życiowe nie mają wpływu. Od ptaszków, jerzyka i wróbla, wiele nauczyć się mogą i ludzie.

Jurorzy postanowili też wyróżnić cztery osoby: Grażynę Pijet (otrzyma scrabble) oraz Katarzynę Moszczyńską, Dominikę Orłowską i Grażynę Krynicką, do których wyślemy zestawy książek.

Poprosiliśmy ich oczywiście o uzasadnienie werdyktu.

Tekst Grażyny Pijet to według prof. dr hab. Michała Kuziaka ciekawe, rozbudowane opowiadanie poświęcone końcu lata, będące zarazem wspomnieniem – powrotem do czasu dzieciństwa. Autorka sprawnie potrafi przenieść czytelnika do owego czasu, przykuwając uwagę przedstawianą historią.
Dr Agata Hącia dodaje: Tak mógłby się zaczynać film, w którym wielu dorosłych odnalazłoby najlepsze, najcieplejsze, wzruszające wspomnienia z dzieciństwa. I pomyśleć nad nieuchronnością końców – nawet gdy to końce wspaniałych niewinnych, dziecięcych przeżyć.

O tekście Katarzyny Moszczyńskiej dr Agata Hącia mówi: Siła tego opowiadania to przede wszystkim siła emocji. Autorce udało się przy tym uniknąć patosu i zbudować historię wciągającą i poruszającą. Brawo także za sprawne operowanie słowem.
Prof. dr hab. Michał Kuziak tłumaczy: Autorka umiejętnie splata temat końca lata z przedstawianą prywatną historią, uruchamiając przy tym wspomnienia z przeszłości. Ciekawe, rozbudowane opowiadanie, niepozbawione subtelnych walorów poetyckich. Pisząca potrafi zaciekawić czytelnika.

Tekst Dominiki Orłowskiej to według dr Agaty Hąci na wpół oniryczna, zmysłowa opowieść. Tworzą ją wspomnienia i przeżycia bohaterki i jednocześnie narratorki, która wciąż czuje letnie emocje.
Prof. dr hab. Michał Kuziak mówi o tym tekście: Pożegnanie lata dla Autorki to zarazem czas jakiegoś rozrachunku ze sobą i swoim życiem, przekroczenia losu. Pisząca interesująco splata w jedną całość refleksyjność, wspomnienia, poetycką emocjonalność. Choć możemy się domyślać, że pisze o doświadczeniach trudnych, na pierwszym planie opowiadania objawia się żywiołowa witalność.

O pracy Grażyny Krynickiej prof. dr hab. Michał Kuziak mówi: To drobna forma (poetycka? prozatorska?), w której w subtelny, niemal intymny, sposób przedstawione zostaje pożegnanie lata. Pożegnanie lata dla piszącej to pracowity (mitycznie powracający) czas krzątania się. Ta prosta miniatura emanuje ciepłym stosunkiem piszącej do rzeczywistości.
Dr Agata Hącia podsumowuje: Krótka forma nie przeszkodziła temu, by autorka zawarła w pracy bezpretensjonalną prawdę o życiu. Przez codzienne sprawy łatwo nie zauważyć, jak ono trwa. Można sądzić, że je kontrolujemy, ale to tylko złudzenia.

Wszystkim nagrodzonym serdecznie gratulujemy! Odezwiemy się do Państwa telefonicznie albo mailowo.
A wszystkim uczestniczkom i uczestnikom konkursu chcemy bardzo podziękować – koniecznie piszcie dalej! My jeszcze w tym tygodniu ogłosimy następny konkurs :)

Poniżej publikujemy wszystkie nagrodzone teksty!

Maciej Janiszyn „Pożegnanie lata, pożegnanie przyjaciela...”

– Nie, nie, nie! – wykrzyknął Filutek swoim młodzieńczym głosikiem, tupiąc przy tym nóżką w drewnianą podłogę.
Mama i tata spojrzeli na urwisa z lekkim zaskoczeniem, ale też i pewnym zrozumieniem tak gwałtownej reakcji ich dziecka, która powtarzała się zresztą rokrocznie od chwili jego narodzin.
– Nigdzie z wami nie lecę! Tym razem zostaję tu na zimę i nie opuszczę mojego najlepszego przyjaciela, zostawiając go samego na cały rok! – kontynuował swój głos sprzeciwu Filutek.
– Synku... – rzekła spokojnie mama. – Po pierwsze ty jesteś jerzykiem, a Twój przyjaciel to wróbelek. Jerzyki wylatują wraz z końcem lata do ciepłych krajów, a wróbelki pozostają tu na zimę. Po drugie zaś to nie cały rok, tylko znacznie krócej – do pierwszych oznak wiosny.
– To, to..., to ja nie chcę być jerzykiem, tylko wróbelkiem, jak Kajcio! – odparł głośno Filutek, po czym obrócił się w miejscu i w jednej chwili wyfrunął z karmnika.
– Zostaw kochanie – rzekł tata Filutka do żony, gdy ta chciała polecieć za synkiem. – Niech pobędzie chwilę sam, przemyśli to wszystko i zrozumie, że taka już jest nasza ptasia kolej rzeczy.
– Może masz rację skarbie. Dajmy mu czas do wieczora, a jak nie wróci do tej pory, polecimy go poszukać – odparła spokojniejszym głosem mama urwisa.

Filutek przeleciał kilkadziesiąt metrów, po czym usiadł na dużej gałęzi pobliskiej topoli, wlepiając swój smutny wzrok w sierpniowy krajobraz pobliskich łąk, ocierając co jakiś czas swoim skrzydełkiem kolejne łzy, spływające mu po policzku.
– Hej!... – zagadnął nieśmiało Kajcio, lądując obok smutnego przyjaciela. – Coś się stało...?
– Ech Kajciu... Rodzice każą mi jutro odlecieć wraz z nimi do Afryki, a ja nie chcę zostawiać Ciebie samego. Jesteśmy przecież najlepszymi przyjaciółmi! – odrzekł rozżalony ptaszek.
– Aa, to o to chodzi... – rzekł wróbelek. – Wiesz, a ja ci zazdroszczę takiego lotu, odkrywania nowych krain, przygód jakie tam mogą na ciebie czekać... Ja zostanę tu, i jak co roku będziemy szukać jedzenia i ciepła na jakimś starym strychu – powiedział Kajcio.
– To leć z nami! – zagadnął z nadzieją jerzyk.
– Bardzo bym chciał... – odparł Kajcio. – Niestety my wróbelki jesteśmy drobnymi ptaszkami i nie potrafimy tak długo lecieć, by pokonać wielkie morza, jakie dzielą nas od Afryki...
– Ale ja nie chcę cię opuszczać – odparł Filutek. – Moglibyśmy razem czekać na zimę, bawić się, latać wśród płatków śniegu, śmiać i cieszyć tym, jak na ze sobą dobrze. Poza tym..., poza tym boję się, że przez tak długi czas rozłąki, zapomnisz o mnie...
– Oj, Filutku! – odrzekł roześmianym głosem Kajciu. – Ja miałbym Cię zapomnieć, mojego najlepszego przyjaciela? W życiu!
– Naprawdę...?
– Naprawdę! I wiesz co? Będę odliczał dni do waszego powrotu, a jak już wrócisz, to opowiesz mi o tych wszystkich dziwach świata, a ja wtedy ja będę czuł się tak, jakbym też tam był – powiedział wróbelek.
– Tak, tak, tak! – wykrzyknął Filutek. – Wrócę na wiosnę i opowiem ci o wszystkim, co tylko zobaczę w Afryce – dodał już wyraźnie mniej posmutniały jerzyk.
– No widzisz! A teraz lećmy pobawić się z rudym kotem sąsiadów – rzucił raźnym głosem Kajciu. – Polatamy nad jego legowiskiem i powrzucamy mu trochę listków na głowę, tak by nie mógł spokojnie drzemać – dodał z filuternym uśmiechem.
– Hura! Lećmy! – odrzekł jego przyjaciel.

Nazajutrz rodzina jerzyków wstała skoro świt, przemyła główki w porannej rosie, po czym rzuciwszy ostatni raz okiem na swoje karmnikowe mieszkanko, wzbiła się w niebo ku dalekiej Afryce...

Kajciu obserwował tę scenę, siedząc na swojej ulubionej topoli, gdzie to jeszcze wczoraj rozmawiał z przyjacielem. Siedział i wpatrywał się długo w niebo, aż rodzina jerzyków całkowicie znikła za horyzontem. I wtedy też ukradkiem otarł łzę ze swojego policzka...
– Leć bezpiecznie i wracaj szybko przyjacielu... Będę tu na ciebie czekał, a wiosną znów polecimy płatać figle miejscowym kotom... – wyszeptał Kajciu, spoglądając na zachodzące poranną mgłą łąki, które tak bardzo zwiastowały sobą nieuchronny koniec lata i początek jesieni...

Grażyna Pijet „Pożegnanie lata”

Lipiec tego lata był gorący i rozświetlony. Słońce już o szóstej rano zaglądało do pokoju, w którym spaliśmy. Okno było nisko położone, wystarczyło przełożyć nogę przez parapet i już się było na dworze, w małym ogródku pokrytym rosą, która przyjemnie chłodziła bose stopy. Wstawałam cichutko, by nie budzić siostry, gdy tylko pierwszy promień położył się słoneczną plamą na podłodze.

Chodziliśmy spać wcześnie, dorośli siedzieli jeszcze jakiś czas, rozmawiając lub grając w karty. My, dzieci, już o dwudziestej musieliśmy być w łóżkach, chyba że był czwartek. W czwartki leciała „Kobra” w telewizji, po dzienniku; pozwalano nam oglądać. Wykąpani i w pidżamach siedzieliśmy stłoczeni w małym pokoiku na górze, gdzie mieszkali państwo Rucińscy z dziećmi, Ryśkiem, starszym od nas, już uczniem technikum i Anią. Tylko oni w całym domu mieli telewizor, „Toskę”. Byli bardzo towarzyscy i na tę telewizję przychodziło pół domu: sąsiedzi po drugiej stronie korytarza, z dwoma synami, i Pani Krystyna, nasza gospodyni. Wszyscy oni mieszkali w lewym skrzydle domu. Mieszkańców prawego skrzydła nie zapraszano, wiedli oni osobne i nieco tajemnicze dla nas, dzieci, życie.

Dom był stary, wielorodzinny, otoczony wysokimi jodlami. Stał przy ulicy Sportowej, ogrodzony siatką z trzech stron. Na tyłach domu brakowało ogrodzenia, ale zaraz pojawiał się wyszczerbiony mur, otaczający zdziczały ogród, a właściwie las. Pełno tam było grzybów, tzw. gołąbków, czerwone były trujące, tych nie zbieraliśmy. Był to teren należąc do sanatorium. Zakradaliśmy się tam w tajemnicy przed dorosłymi, z lękiem, a nuż wyskoczy jakiś gruźlik? Z tyłu domu wchodziło się do „naszej” sieni. Okna kuchni wychodziły na ogród warzywny pani Krystyny. W niedzielę, kiedy nie chodziła do pracy, pracowała w ogródku, pieliła, wywoziła taczką chwasty, wykopywała ziemniaki na obiad, których miała kilka grządek. I doglądała pomidorów. A pomidory uwielbiała. Codziennie po pracy przygotowywała sobie wielki talerz sałatki, z cebulą, mocno popieprzoną i posoloną. Zjadała z apetytem z dwoma lub trzema grubymi pajdami świeżego chleba, który przywoziła na rowerze ze sklepu spożywczego w Otwocku, gdzie pracowała. Do tego masło na palec i kubas gorącej herbaty, z cukrem, bo cytryn wtedy nie było. W lecie to był jej obiad. Chyba jej wystarczały te pomidory, choć ciężko pracowała, była ruchliwa i wesoła, nigdy ile narzekała. Miała pięcioro dzieci, dwoje już dorosłych, ale jej ulubieńcem był Karol. Był też ulubieńcem nas, dzieci, trochę starszy do nas, rodzice też go bardzo lubili. Miał miłą, życzliwą twarz, z każdym szybko znajdował wspólny język. I kochał zwierzęta. Pani Krystyna miała dwa wielkie psy, wilczury, które zamykała na werandzie, gdy bawiliśmy się na podwórku; trochę się ich baliśmy. Psy jadły wszystko, nawet biały ser i pomidory. Wieczorem były wypuszczane, by odstraszały złodziei, wiadomo, złodziej boi się dużego, głośno szczekającego psa. Karol po kryjomu rzucał im do miski smaczne kąski z naszego obiadu, przynoszone w papierku z obiadów, które jedliśmy w kantynie oficerskiej w Świdrze, a to kawałek kiełbasy zwiniętej z siatki na zakupy, gdy nikt nie widział.

Któregoś roku przyniósł dwie wiewiórki. Podczas wycinki drzew straciły dom, jedna miała uszkodzona łapkę. Nosił ją w kieszeni kurtki do szkoły, siedziała tam cichutko. Drugą podarował nam, zabraliśmy ja do Warszawy po skończonych wakacjach. Chorowała jednak bardzo i tęskniła za wolnością, raz nawet uciekła przez okno w bloku, w którym mieszkaliśmy w Warszawy i cale podwórko musiało ją łapać.

Nad Karolem był wtedy w naszej hierarchii Rysiek. Starszy od nas wszystkich o kilka lat, miał zdolności przywódcze. Organizował nam zabawę w teatr, był jednocześnie reżyserem i scenarzystą. Z zapałem przebieraliśmy się w rycerzy i księżniczki. Fabuła naszych przedstawień kręciła się wokół mrożących krew w żyłach historii, uwalniania pięknych dziewic z rąk okrutnych rozbójników, w czym królował mały Jasinek, niekwestionowany mistrz w walkach na patyki. Całymi dniami ganialiśmy przystrojeni w ściągane od matek części garderoby, korony z papieru, z tekturowymi mieczami. Szlachetny rycerz wygrywał. Był nim zawsze Rysiek. Czarnym charakterem zostawał Krzysiek, najmłodszy syn naszej gospodyni,; trochę się wzbraniał, ale przekupywaliśmy go mglistymi obietnicami jakiejś przyszłej wspanialej roli.

Raz dziennie jednak musieliśmy porzucać nasze królestwo i udawać się z Mamą i Ciocią, która jej pomagała, gdy Ojciec pracował „na chleb”, na obiad do kantyny. A po obiedzie szliśmy do lasu, nad strumyk albo, rzadziej, na basen, mieszczący się w odległym o poł godziny drogi ośrodku. Nudziło się nam, mnie i siostrze w lesie tylko ze starszymi, zabierano więc ze sobą cala czeredę dzieciaków z podwórka, z jeszcze paroma mamami i, rzadziej, tatusiami, i już było dobrze. Mamy wyszywały poduszki w modne wówczas krzyżyki, my budowaliśmy tunele w mokrym piasku, chlapaliśmy się w płytkim strumyku i bawili w chowanego lub podchody. Wracaliśmy na kolację, umorusani, spoceni, tęskniąc już za następnym, słonecznym dniem.

Przyszedł sierpień, słońce wstawało jakby zakurzone, dni mijały szybko.

Wieczorami coraz trudniej było nas zagonić do spania, jakbyśmy przeczuwali, ze zbliża się koniec lata, a z nim koniec naszych wakacji. Bijatyk na patyki, wycieczek nad strumyk, wróżenia z liści akacji kocha-nie kocha, gdy Rysiek lub Karol byli w pobliżu. Pod lasem i przy ścieżce prowadzącej w stronę torów kwitły wrzosy. Zbliżał się wrzesień. Pachniało jesienią.

Nadszedł w końcu dzień, w którym trzeba było wracać. Do miasta, do szkoły, do zdradzonych na czas lata koleżanek, sympatii. Przyrzekaliśmy sobie, ze będziemy przyjeżdżać w ciągu roku, odwiedzać się. Czuliśmy jednak, ze musi minąć cały, długi rok, zanim się zobaczymy.

Aż przyszło lato, że nie przyjechaliśmy. Rodzice wysłali nas na kolonie. Jeszcze na jesieni przyjechaliśmy w odwiedziny do pani Krystyny. Karol miał jakieś kłopoty, o których nie chciała mówić. Krzysiek pomagał w gospodarstwie, dzieci państwa Rudzińskich jeździły do szkoły w Warszawie.
Podwórko opustoszało. Na parapecie w kuchni siedziała wiewiórka z przetraconą łapką i patrzyła na nas okrągłymi ślepkami.

Katarzyna Moszczyńska „Jarzębina”

Gdy moja siostra była mała, na widok czerwieniejących kiści jarzębiny wpadała w popłoch i potężną panikę. Każdy sierpniowy spacer kończył się płaczem. I pomyśleć, że wszystko przez babcię, która powiedziała Zosi, że czerwone kuleczki jarzębiny zwiastują jesień. Zapowiadają pewną śmierć lata. Zosia jako dziecko uwielbiała słońce, ciepło. Ta wiadomość rujnowała świat.

Wracam z pracy. Podeszwami butów rozdeptuję z premedytacją dojrzałe owocniki jarzębiny. Zostawiają czerwone ślady na chodniku. Specyficzny dźwięk pękającej skórki owocu budzi we mnie smutek. Słyszę go nawet pośród ulicznego zgiełku. Przykry widok zabrudzonego chodnika. A po nim przefruwają zaschnięte, pozbawione koloru liście. Gdy nastanę na jeden z nich, kruszeje natychmiast i znika, zamieniając się w bezwartościowy pył. Złoty pył, który zaraz rozwiewa ciepły wciąż wiatr.

Mijam najlepszą cukiernię w Warszawie. Zerkam niepewnie na zegarek spoczywający na nadgarstku. Godzina siedemnasta. Już po szpitalnej kolacji. Nie tknie nawet okruszka pączka. A jeśli tknie, z przymusu, z łapczywości, by nie robić mi przykrości, zwróci wszystko, co spożyła. Chwytam za klamkę i wkraczam do cukierni. Słodki zapach mdli mnie, powoduje zdenerwowanie. Posyłam przepraszający uśmiech ekspedientce, która czeka na moje życzenia. Tak szybko jak wtargnęłam do lokalu, opuszczam go, nie kupując żadnego wypieku.

W parku przed szpitalem biegają dwie wiewiórki. Nie zwracają na siebie uwagi. Każda ma swoje ważne sprawy. Jedna wbiega na drzewo, w łapkach drugiej dostrzegam niewielkiego orzecha. Jest jeszcze w zielonej skórce. Pamiętam, jak w dzieciństwie ta skórka farbowała maleńkie palce na brązowo. Babcia wieczorami brała drobne dłonie w swoje i z całej siły szorowała linie papilarne, by pozbawić nas brudnej warstwy. Sok orzecha nie dawał za wygraną, a my z Zosią przemęczone dniem pełnym dziecięcych atrakcji, nie miałyśmy nawet siły oponować. Idę dość powoli. Idę w takim tempie, by nie być prędko na miejscu. Widzę ją już przechodząc obok bramy. Siedzi w różowym szlafroku. Na starej ławce z lastryko, pamiętającej lata pięćdziesiąte. Dłonie ma ułożone na udach. Zaciśnięte garstki. Gdy jestem coraz bliżej niej, dostrzegam, że coś trzyma. Palcem wskazującym jednej dłoni zaczyna przegarniać to, co w drugiej. Podchodzę blisko i dostrzegam, że miętosi kilka kuleczek jarzębiny. Nie podnosi głowy, ale wie, że to ja nad nią stoję. Poznaje moje buty.

- Powinnam płakać, bo już dojrzały. Zbliża się koniec lata. I nie tylko – znam ten ton. Ironia ścieka z lastryko litrami. Na chodniku pieni się żółcią. Ten ton to skondensowana gorycz. Taką gorycz umie wyprodukować tylko inteligentna, mądra kobieta.

- Pobrudzisz paluchy. Dlaczego tu siedzisz? – nie patrzę na nią, patrzę gdzieś ponad korony drzew szpitalnych. Ona także nie zerka w moją stronę. Wciąż przebiera pomarańczowe kuleczki. Jedna z nich wymyka się i turlając po szlafroku, spada na chodnik.
- Wyczekuję. - Wyczekujesz? – marszczę brwi i wreszcie mam odwagę, by spojrzeć na nią. Blada i brzydka cera, zapadnięte policzki. Odwracam wzrok.
- Wyczekuję, aż zacznę się dusić. Uciekłam z oddziału bez maseczki tlenowej. Bo z maseczką wyjść nie mogę. A chciałam wyjść. To wyszłam – wypuszcza z garści wszystkie ziarna jarzębiny. Nabiera z haustem powietrza. Różowy szlafrok nagle zaczyna bardzo szybko unosić się na jej piersiach. Kulki jarzębiny toczą się po chodniku, jedna szybciej, inne wolniej. – Podobno mam prawie całe płuca zalane wodą. Tak powiedział lekarz. No, ale przecież gadam i zeszłam tu. Chyba ściemnia.

Patrzę na jarzębinę poniewierającą się na chodniku i analizuję jej słowa. Uśmiecha się z grymasem i nagle ten uśmiech znika. Zanim paraliżuje mnie strach, Zosia zaczyna wymiotować ciemną, gęstą krwią. Prosto na jarzębinę rzuconą przed swoje nogi. Szlafrok z różowego zmienia się w brunatny.

Jarzębina zwiastowała pożegnanie lata. Dziś zabrała nie tylko ciepłe wiatry i słońce. Wracając do domu, deptałam ją z zamkniętymi oczami.

Dominika Orłowska „Pożegnanie lata”

Dziękuję Ci, Lato, za współpracę. Była bardzo udana. Za śmiech, za łzy, za sen, za seks, za taniec, za drogę i za cel. Ale głównie za drogę. Drogę do siebie.

Chcesz ze mną troszkę powspominać? Fajnie, to wskoczmy proszę jeszcze raz do tej rzeki, co i tak już upłynęła.

Pamiętasz ten festiwal, na którym tańczyłam jak opętana, zadeptując w ciepłym piachu swoje problemy? Całymi dniami i nocami wyginałam śmiało ciało za pomocą sił własnych i wspomagana chemiczną magią. Zapominałam, to co złe. Z zakurzonego, spoconego ciała zmywałam to, co drapało. Z ubraniami zrzucałam to, co gniotło. Moje ciało i moja dusza były nagie. Puste. Gotowe do wypełnienia. Ludzie byli tacy piękni, tonęłam w ich oczach, transferowałam miłość prosto z ich serc, zasilając moje własne nadwątlone przez ostatni rok. W zaciszu mojego namiotu wieczorami przetaczałam energię z ich ciał, przesączałam powoli i bez pośpiechu, rozpuszczałam smutki jak masło pod wpływem ich ciepła. Może i ja rozpuściłam czyjś smutek? Ogarniał mnie błogi spokój, czułam, że jestem na właściwym miejscu i we właściwym czasie. Chociaż nie, bo czas nie istniał, ani przestrzeń. Tylko dźwięk, ruch, bicie serca. Otaczała mnie bańka mydlana. Odbijałam się miękko od jej powierzchni. Tylko Ty, Lato, przypominałeś, że dni upływają i że nic nie trwa wiecznie. I ty, Lato, powiedziałeś mi, że czas już przekłuć tę bańkę i ruszyć dalej w drogę.

Wsiadłam do samochodu i pojechałam przed siebie. Oprócz bagażu pełnego brudnych ubrań i pustych słoików, miałam teraz kilka nowych walizek doświadczeń, wspomnień i konserw wypełnionych dobrymi myślami. Ale kiedy zjadłam je już wszystkie, wrócił smutek.

Mijałam piękne plaże, spałam pod gołym niebem, jadłam owoce prosto z drzew, ale smutek nie chciał odejść. A ty, Lato, najpierw subtelnie, a potem coraz dosadniej przypominałeś, że niedługo zwiniesz manatki i mnie zostawisz. Wieczorami zawijałeś się pod ciepłym kocem i zostawiałeś mnie z moimi myślami, a ja przypinałam je krótkim łańcuchem do budy mojej podświadomości. Czułam, że pora wracać do domu, ale jeszcze nie byłam gotowa. Ściskałam w pięściach resztki radości i robiłam z nich maseczkę na smutki. A one ciągle wychodziły na wierzch.

I wtedy zaczęłam śpiewać. Najpierw śpiewałam do znanych mi melodii, o tym co widziałam przed sobą. Widzę drzewo, jakie piękne drzewo, koło niego stoi pies, ten pies kulawą łapę ma, lalalalalala

A potem zaczęłam śpiewać do melodii, których ten świat jeszcze nie słyszał. Ale nadal słowa moich piosenek były banalne.

Widzę drzewo, jakie piękne drzewo, koło niego stoi pies, ten pies kulawą łapę ma, lalalalalala Zachód słońca, noc zbliża się, gdzie rozbiję namiot, no gdzie, lalalalala

A potem spuściłam ze smyczy wszystkie moje myśli i poczułam magię. Jak to drzewo wspinam się do chmur, nikt nie powstrzyma mnie. Pies z kulawą nogą też pięknego życia chce. Gdy rozbiję namiot w mroku, czy dołączy do mnie ktoś. Jak wyrzucić z siebie mogę tę od lat tłumioną złość. Choć nie wierzył we mnie świat, sięgam gwiazd na moim niebie, a gdy miłość poczuć chcę, zajrzeć muszę tylko w siebie.

I ty, Lato, dałeś mi, najpiękniejsze z możliwych scenografii do mojej historii, a w napisach końcowych mojej przygody to mnie wypisałeś jako główną bohaterkę.

Teraz już jestem w domu i możemy się pożegnać. Ściskam cię gorąco, choć ten gorąc podszyty jest rześkim, przyjemnym jesiennym chłodem. Odpoczywaj.

Grażyna Krynicka „Moje pożegnania”

Nigdy nie żegnam lata. Ono tak dyskretnie odchodzi, że naprawdę byłoby to nietaktem.
Jesieni też nie witam. Ona tak delikatnie wkracza, że nie bardzo jest kiedy.
Długo tak sobie trwają prawie razem i lato, i jesień.
Jeszcze sierpień, ale jakiś taki rankami mglisty i opieszały. Słońce nie wybucha, ale jak jest, to tylko pieszczotliwie grzeje, wieczory zapadają wczesnym mrokiem i dzień jest mniejszy. Zaczynają kwitnąć wrzosy i widać jak wyprowadzają się bociany.
Brzoza, zawsze pierwsza, gubi żółte liście, które potem, wśród mchu, udają maślaki. W spiżarni stoją rzędem słoiki pełne letnich przysmaków, a ja oglądam śliwki i myślę o powidłach. Ale jeszcze za wcześnie. Jeszcze trochę. Muszą być tak słodkie, że nie trzeba dodawać cukru. I tak dojrzałe, że aż ze zmarszczkami.
Nagle nie ma już wiśni, porzeczek, ani agrestu. Pyszni się natomiast czerwona, zielona i żółta papryka, uśmiechają półgębkiem gruszki, a pomidorów jest taka obfitość, że tylko sypać je solą i zajadać.
Ale już trwa ożywienie w sklepach z plecakami do szkoły, w księgarniach, gdzie podręczniki.
Czas zatoczył swoją drogę i raptem naprawdę jest już jesień. Nikt jej nie witał, a przecież przyszła. Tak samo oczywista, jak lato, gdy jest jego czas.

Pierwszy konkurs - pożegnanie lata

opublikowano: 2018-08-17 18:09:46

To może być historia prawdziwa albo wymyślona. Ważne, żeby była o pożegnaniu lata.

Na teksty konkursowe czekamy do 9 września (do godz. 23.59).

Tekst ma być napisany prozą, nie może być długi (maksymalnie 4 tys. znaków ze spacjami) i nie powinien być nigdzie wcześniej publikowany.

Nasz adres: konkurs.koncentrat@gmail.com

Jury wybierze najlepszą pracę (główna nagroda to czytnik e-booków :) ) i przyzna trzy wyróżnienia (scrabble i zestawy papierowych nowości książkowych).

Zanim przyślesz do nas tekst, przeczytaj REGULAMIN KONKURSU (klik).

Książki od Wydawnictwa Czarne

opublikowano: 2018-08-16 17:36:23

Wreszcie mamy w zespole kogoś, kto lubi pozować do zdjęć :)

Obok specjalistki ds. promocji widzicie książki, które sprezentowało nam nasze ulubione Wydawnictwo Czarne. Dziękujemy!

Teraz obmyślamy temat pierwszego konkursu, który ogłosimy jeszcze w tym tygodniu. Oprócz książek będziemy mieć też dla Was czytniki e-booków i scrabble :)

Książki od W.A.B.

opublikowano: 2018-08-10 11:33:31

Pierwszy konkurs w ramach naszego projektu już w przyszłym tygodniu! Będziemy mieć dla Was mnóstwo nagród, m.in. książki, które przekazało nam Wydawnictwo W.A.B.!

Beza, nasza nowa specjalistka od promocji i marketingu świetnie się spisuje, jak widzicie ;)

Wspólny mianownik po raz piąty!

opublikowano: 2018-03-30 17:25:34

Dziś dostaliśmy dobrą wiadomość od Narodowego Centrum Kultury!

Kolejna (już piąta!) edycja projektu "Wspólny mianownik" zostanie dofinansowana w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych. Będą warsztaty (dla uczniów, bibliotekarzy i nauczycieli), konkursy literackie (dla wszystkich, szykujcie się!), sporo nowych ciekawych wywiadów do przeczytania i oczywiście będziemy ratować słowa.

Dziękujemy tym, którzy w tej akurat sprawie trzymali za nas kciuki! A wszystkim (Państwu i Wam) z okazji nadchodzących świąt i/lub zbliżającej się wiosny życzymy samych dobrych dni.

Wyniki trzeciego konkursu!

opublikowano: 2017-11-16 19:50:08

Na początku – jak zawsze - przedstawiamy nasze jury:
- dr Agata Hącia jest językoznawcą, współpracownikiem Rady Języka Polskiego, wykładowcą Uniwersytetu Warszawskiego,
- Anna Dąbrowska to dziennikarka, redaktorka i wykładowczyni akademicka,
- prof. dr hab. Michał Kuziak jest historykiem literatury z Uniwersytetu Warszawskiego;

Rywalizacja była tym razem wyjątkowo zacięta. Dostaliśmy ponad 50 pierwszych stron – m.in. romansów, kryminałów, powieści fantasy, obyczajowych, a nawet horrorów. Jurorzy byli pod dużym wrażeniem i do ostatniej chwili wahali się, kogo nagrodzić. Wybrali teksty, których ciąg dalszy bardzo chcieliby poznać :)

Po długich dyskusjach i wielu zwrotach akcji, zdecydowali (fanfary!), że czytnik e-booków powinien otrzymać Wojciech Ząbek. Postanowili też wyróżnić Weronikę Cabaj, Agnieszkę Bylinkę i Macieja Janiszyna, do których trafią zestawy książek.

Zwycięzcom gratulujemy! Odezwiemy się do Państwa telefonicznie albo mailowo. W najbliższym tygodniu opublikujemy też opinie jurorów o każdym nagrodzonym tekście.

Chcemy bardzo podziękować uczestnikom konkursu – koniecznie piszcie dalej!

Poniżej publikujemy nagrodzone teksty!

Pierwsza strona autorstwa Wojciecha Ząbka to – zdaniem dr Agaty Hąci - tekst napisany z dużym poczuciem humoru, półjawnie kpiący z konwencji, także językowej, romansów i kryminałów nie najwyższych lotów. Na uwagę zasługuje rytm tekstu i umiejętne wprowadzanie kolejnych elementów świata przedstawionego.

W ciepłe niedzielne popołudnie października Helena Ostrawska, jedna z trzech mrągowskich wyrobnic najstarszego zawodu świata, znana bardziej pod pseudonimem Cyculka, prowadziła w stronę jeziora Czos potencjalnego kontrahenta. Jak na swoje czterdzieści sześć lat i wieloletnią praktykę zawodową cieszyła się wciąż końskim zdrowiem, co również teraz było widać, gdy pędem pokonywała wyboistą ścieżkę. Zwalniała kroku jedynie po to, aby jej towarzysz nie pozostawał zbyt daleko w tyle. Przy każdym postoju mocno mu się przyglądała, starając się znaleźć w nim cokolwiek wartego uwagi, coś ciekawego, ekscytującego. – No nic. Zupełnie nic – doszła do wniosku po dogłębnych oględzinach. Mężczyzna był karłowaty, prawa noga wygięta w pozie jakby nieustannie wietrzył swoje przyrodzenie, na łysinie zaś miał bliżej nieokreślone plamy. Mimo że ubrany był całkiem szykownie, spodnie wyprasowane na kant, koszula z krawatem, nie tłumiło to jednak jego brzydoty. Cyculka była przekonana, że musiał to być przejezdny, który uciekł z pieniędzmi matki, a teraz wydaje wszystko na panienki i zabawę. Była święcie przekonana, że taką osobliwość raz ujrzaną, zapamiętałaby na zawsze. Nie myliła się co do faktu, że mężczyzna przyszedł do niej nie celem rozmowy o sztuce, ale tylko i wyłącznie z myślą o chędożeniu. Nie wiedziała jednak, że ów mężczyzna – dla znajomych po prostu Staszek – to mrągowski historyk sztuki. Z racji swego pracoholizmu pan Stanisław Dziulski pół dnia spędzał w swojej pracowni, a drugie pół w bibliotece. Chociaż faktycznie oboje mieszkali w Mrągowie, ich ścieżki się dotychczas nie stykały. Ostrawska w życiu zawodowym widziała już wiele, była jednak przekonana, że ów typ to najbardziej odrażający widok na jaki w tym życiu natrafiły jej oczy. Czym prędzej wydobyła więc na wierzch swój zawodowy uśmiech i rzuciła nonszalancko:
- No dalejże piękny kawalerze, nie zamierzasz złapać swojej księżniczki?
- Pędzę, pędzę pani kochana. Pani wybaczy, jednak noga już nie tak sprawna jak kiedyś – odpowiedział zdyszany.
Ostrawska przypatrywała mu się, rozmyślając czy jest w nim cokolwiek sprawnego. Wkrótce miała się o tym przekonać, nie była jednak do końca pewna, czy chce znać odpowiedź na to pytanie.
- A gdzież to znajduje się zamek wielmożnej panny? Daleka to jeszcze droga do wrót nieba?
- A niedaleko – wskazała palcem na jezioro. – Tam nad brzegiem są fajne krzaczory.
Nie przekonywał jej niczym, doceniała jednak wartość każdej złotówki, myślami wydając je już wszystkie. W czasach kryzysu nie ma co narzekać na klientelę, jaka straszna by nie była. Szli tak jeszcze parę minut, aż dotarli do wspomnianych przez Cyculkę krzaków. Kobieta momentalnie złapała go za połać koszuli i oparła o drzewo. Szybkość zdjęcia spodni wraz z bielizną było w wykonaniu mężczyzny niczym magiczna sztuczka, najwyraźniej miał w tym wprawę albo bardzo mu się spieszyło. I właśnie wtedy, kiedy zaczął się do niej dobierać, chlapiąc jęzorem na prawo i lewo, kobieta wydała z siebie przerażony okrzyk. Starał się ją uspokoić, w panice nakładał z powrotem spodnie i już miał uciekać. Ręce ze zdenerwowania trzęsły mu się jednak tak bardzo, że spodnie co rusz opadały do kostek. Dopiero po chwili zorientował się, że powodem krzyku nie jest ani on, ani jego rycerski ogier, lecz coś co kobieta dostrzegła za nim. Powiódł spojrzeniem za jej wzrokiem i znieruchomiał. Rozumiał panikę kobiety, chociaż sam nie mógł wydobyć z siebie dźwięku. Na brzegu jeziora leżały ludzkie zwłoki pokryte niezliczoną ilością blizn ciągnących się od nóg po samą szyję. Ostrawska momentalnie zdała sobie sprawę, że pomyliła się dziś co do jednej rzeczy. Patrząc na nagie zwłoki wiedziała, że właśnie to jest najobrzydliwsza rzecz, jaką w życiu dane jej było zobaczyć.

Pierwsza strona autorstwa Weroniki Cabaj

- Ammy, chodź na obiad. Zaraz wszystko wystygnie - wyrywa mnie ze snu głos mojej młodszej siostry. Słyszę go po raz pierwszy od... sama nie wiem, jak dawna.
- Klar, zaraz przyjdę. Będę dosłownie za minutkę - odpowiadam jej, podnosząc się powoli z łóżka, idąc w stronę umywalki i jednocześnie marząc, żeby ta minutka trwała całą wieczność.

Patrzę w lustro. Przecież nie mogę im się pokazać w takim stanie na oczy. Ocalili mnie. Nie. Ocalili nas - mnie i Klar. Co sobie o mnie pomyślą, kiedy zobaczą chudą, wątłą i ze szramą na lewym policzku dziewczynę? Nie zechcą nas tu. Wyrzucą, tak jak poprzednim razem. Kto by chciał trzymać w swojej wiosce dwie sieroty. W dodatku rzekomą złodziejkę królewskiego naszyjnika i jej młodszego sobowtóra.

- Hej, Ammy! - wita się ze mną Eryk. - Wyglądasz dziś znacznie lepiej. Chodź, usiądź koło mnie. Zajmę się tobą. W takim stanie nie powinnaś się przemęczać. Jesteś jeszcze osłabiona. Jak noga?
- Dziękuję. Lepiej - nic więcej nie potrafię z siebie wykrztusić i niemal jednocześnie zajmuję posłusznie miejsce obok niego.

Czuję na sobie spojrzenia wszystkich obecnych tu osób. Wpatruje się we mnie cała wioska jednocześnie. Dzieci, starszyzna, kobiety, mężczyźni, a nawet chorzy nie szczędzą wzroku, jawnie się na mnie gapiąc. Chociaż może nie tylko patrzą się na mnie, ale też na niego? Eryk nas uratował. Głupio mi nawet podnieść głowę, aby ujrzeć twarz tego dzielnego mężczyzny, a jeszcze trudniej pozwalać mu zajmować się mną, jak małym dzieckiem. W głębi serca jestem mu wdzięczna. Za mnie i za Klar.

Pierwsza strona autorstwa Agnieszki Bylinki

- Psst! Jeszcze nie wyszły! - Molik Aluś pilnie obserwował zmieniającą się sytuację w bibliotece.

To był koszmarny dzień, po co komu te małe Człowieki w bibliotece? Ani to nie umie czytać, ani nie zna się na książkach… Ach… i jeszcze pcha się To w najdalsze, zakurzone biblioteczne zakątki, zagląda, chce dotknąć… A dziś! Dziś ledwo uciekłem przed nimi, aż sobie skrzydełko przyciąłem chowając się we „Wszystko tylko nie mięta”! Pfuj! Jak ja nie lubię mięty! – w głowie Alusia kłębiło się i plątało tysiące myśli. To ze stresu.

Dawniej… Dawniej, jak wspominają Molikowa Babunia i Dziadziuś, dawniej to były biblioteki! Ach! Cisza… Molik mógł się zagrzebać w zakurzone, od lat niewypożyczane książki, a ludzie, którzy chcieli zabrać je do domu, od wejścia szurali kapciami bibliotecznymi dając znać, że idą. Nierzadko dla zabawy jakiś mały, urwisowaty Molik czepiał się kapcia i szuru… szuru… przemieszczał się w bibliotecznych przestrzeniach.

Aluś tych czasów nie pamięta. Kiedy urodził się na półce oznaczonej 61 w bibliotece panowały inne czasy. Było jaśniej, kolorowo, tak jakby przejrzyściej. Jego rodzina zajmowała książki na drugiej półce od okna. Lektury L-M, to jego adres zamieszkania. Do tej pory nie wiedział dlaczego ta Pani, no ta Ruda w okularach, jak oprowadza Małe Ludziki po jego bibliotece wskazując na ten regał mówi, że są tam książki, których młodzież nie lubi! Dziwne, przecież mi tam się dobrze mieszka, tylko … tylko, no strasznie jest jak trzeba przejść przez „Dziady”. Ale mam na to sposób! Zamykam oczy i przelatuję szybciutko. Gorzej ma Luśka, ona mieszka na środkowym regale pod numerem 94(100)”1939/1945”, tam to dopiero są straszne książki!

Csi…Csi… Coś się dzieje! Nareszcie! Aluś wychylił głowę zza książki. Ta Nowa Pani, też w okularach (co one mają z tymi okularami?) niesie całe stosy książek i odkłada na półki. O nie! Pomyliła się! Przecież ta książka nie powinna tam stać! Znowu trzeba będzie pomóc Kice przenieść ją w odpowiednie miejsce… Ale Pani nie przejmuje się tym, patrzy na rzędy równo stojących woluminów, podchodzi do wyłącznika światła i gasi je.

Uff… można wyprostować skrzydełka i wychylić się zza książki. Kika i Luśka także przeciągają się we wszystkie strony i wołają Alusia do siebie. Razem podchodzą cichutko do drzwi i obserwują co się dzieje. Ten chłopczyk co spędził popołudnie przy komputerze wyłącza go i kieruje się do wyjścia, bibliotekarki sprzątają ladę biblioteczną, wyłączają swój komputer, cały czas rozmawiając o mijającym dniu w pracy i o tych małych ludzikach, co plątały się rano po bibliotece, czyniąc tyle hałasu… Zaglądają do pokoiku z dziecięcymi książkami i tam gaszą światło. Pewnie mają nadzieję, że żaden czytelnik już nie przyjdzie.

Wychodząc, gaszą światła w wypożyczalni, i idą dalej do pokoju, w którym mają kurtki. Zakładają je i zaglądają jeszcze raz w ciemne pomieszczenia biblioteki. I idą dalej. Słychać ich śmiech z korytarza, trzaskają drzwi, zdaje się słyszeć szmer przekręcanego kluczyka w drzwiach.

Jeszcze tylko „piknięcie” - pomyślał Aluś. Jest! Piknęło! Można wyjść…

Spomiędzy książek zaczęły wychylać się Moliki. Wkrótce pomieszczenia biblioteczne zaroiły się od tych małych, obrosłych legendami stworzonek.

Tekst autorstwa Macieja Janiszyna (pierwsza strona książki “W mroku domu”)

Leon widział nie jedno w swoim długim życiu, które nie szczędziło mu wielu barwnych scen, interesujących wydarzeń i silnych doznań. Życiu jak najbardziej szczęśliwym, dzielonym z ukochanym Panem i opartym w równym stopniu na zabawie, jak i uwielbianym przez niego lenistwie. Leon był psem - 13-letnim, bardzo szczęśliwym psem. Jednak to, co ujrzał dzisiejszej nocy, był dla niego czymś zupełnie nowym, dziwnym, budzącym z jednej strony zainteresowanie, z drugiej zaś swoisty niepokój. Oto gdy zbudzony nagłym, nocnym hałasem trzaskających drzwi wejściowych domu zerwał się ze swojego przytulnego kojca w kuchni i następnie podreptał do sypialni Pana, jego psim oczom ukazał się ten oto przedziwny widok. W pogrążonym w półmroku pokoju unosiło się nagie ciało dorosłego mężczyzny, wiszącego bezładnie na sznurze przywiązanym do staromodnego, sufitowego wiatraka. Pod ciałem leżało przewrócone krzesło, zaś obok niego rozpościerały się porozrzucane przedmioty z sypialnianego wyposażenia, z lampką, wazonem, książkami, poduszkami, obrazami na czele... Leon spoglądał na ten widok przez dobrych kilka minut, rozpoznając w wisielcu swojego właściciela i nie mogąc zarazem zdecydować, co powinien zrobić. Do psiej głowy przechodziło mu kilka pomysłów, z których każdy wydawał się na swój sposób dobrym. Pierwsza myśl podpowiadała mu, że to jedna z nowych form zabawy, jaką to jego ukochany Pan wymyślił dla swojego czworonożnego pupila. Dlatego też Leon zaszczekał kilkukrotnie i zamerdał wesoło ogonem, aby nie zawieść wiszącego na sznurze mężczyzny tym, iż nie docenił on pomysłowości właściciela. Ponieważ jednak Pan nie uśmiechnął się, nie wypowiedział jego imieniu i nie okazał w żaden sposób uznania za spostrzegawczość psa, ten uznał swój pomysł za niewłaściwy. Druga myśl Leona była smutniejsza, a wiązała się z jego własnymi doświadczeniami z przeszłości. Otóż gdy Leon miał kilka lat, udał się wraz ze swym Panem na spacer do pobliskiego sklepu, po czym mężczyzna przywiązał smycz z Leonem do szczebla płotu, zaś sam udał się wnętrza przybytku. Leon, jako młody i nie doświadczony szczeniak, tak niecierpliwił się oczekiwaniem na swojego Pana, iż przebierał nieustannie łapami, raz za razem coraz to bardziej zaplątując się w swoją smycz. Po chwili dotarł do takiego punktu, iż ta zacisnęła się pętlą na jego szyi, odcinając mu całkowicie dostęp powietrza. Na szczęście przechodząca obok kobieta dostrzegła ten dramat i natychmiast podbiegła psu z pomocą, uwalniając go z pułapki. Leon pamiętał, że to było bardzo bolesne i niemiłe uczucie, dlatego też na znak solidarności zawył żałośnie przed wiszącym w sypialni Panem, mając też po cichu nadzieję, że być może znów natrafi się jakaś przypadkowa kobieta, która pomoże wisielcowi. Niestety nikt taki się nie zjawił. Pozostała zatem Leonowi trzecia opcja, która w tej sytuacji wydawała się jedyną, jaką mógł przedsięwziąć. Mianowicie postanowił on położyć się na w progu sypialni, mając tym samym baczenie zarówno na swojego Pana, jak i też na ewentualną pomoc z zewnątrz, która przecież w każdej chwili mogła nadejść, zupełnie jak przed laty przy sklepie. Wyciągnął przednie łapy, ułożył na nich głowę i oczekiwał czegokolwiek, co mogło uczynić życie Leonami takim, jakim było jeszcze przed chwilą...

Kilkanaście godzin później, gdy słonecznie światło ogrzewało już całą powierzchnię sypialni, do uszu Leona dotarł dźwięk otwieranych drzwi. Pies natychmiast zerwał się z ku nim z nadzieją, szczekając przy tym donośnie. Ku małemu zaskoczeniu Leona, w drzwiach nie stanęła kobieta sprzed sklepu, lecz najpierw jeden, a następnie kolejni postawni mężczyźni w granatowych mundurach. Leon towarzyszył im w drodze do sypialni, a następnie spoglądał z nadzieją w oczach na przebieg procesu ściągania jego Pana ze sznura. Kiedy ten znalazł się już na podłodze, niestety nie uśmiechnął się do swojego ukochanego psa, nie wymówił jego imienia, nie pogłaskał po karku w podziękowaniu za to, że ten był przy nim przez ostatnie kilkanaście godzin...

Warsztaty w Tłuszczu

opublikowano: 2017-11-13 19:04:53

Za nami ostatnie w tym sezonie warsztaty pisarskie dla gimnazjalistów. Za zaproszenie dziękujemy jak zawsze gościnnej Bibliotece Publicznej w Tłuszczu :) Bardzo będzie nam brakować zaskakujących dyskusji o Sienkiewiczu, kotełach i jeżełach, psycholożkach i pilotach, wspólnego wymyślania anagramów i układania opowiadań o ancymonie. Oby do wiosny!

mozaika tłuszcz

Szkolenie w Garwolinie

opublikowano: 2017-11-07 21:28:22

Za nami bardzo intensywne warsztaty z bibliotekarzami i nauczycielami języka polskiego w Miejsko-Powiatowej Bibliotece Publicznej w Garwolinie. Frekwencja jak zawsze 150-procentowa, a kreatywność zdecydowanie ponadprzeciętna. No i bajeczne ciasta z lokalnej cukierni. Za wszystko bardzo dziękujemy!

mozaika

Warsztaty dla bibliotekarzy i nauczycieli w Warszawie

opublikowano: 2017-11-06 21:26:09

Takie poniedziałki lubimy! Dziś w Pracowni Duży Pokój Anna Błaszkiewicz i Ola Rzążewska poprowadziły warsztaty dla bibliotekarzy i nauczycieli języka polskiego. Były karty, kot ministra, słowa tłuste i zabawne, samotność w aerozolu, tofurnik i stryjenka. Inaczej mówiąc: rozmawialiśmy o projektach popularyzujących wiedzę o języku, rozwijających kompetencje językowe i komunikacyjne :) A fotografował nas Jacek Łagowski.

IMG_7929 IMG_7979 IMG_7983 IMG_7991 IMG_7995 IMG_8009 IMG_8016 IMG_8020 IMG_8029 IMG_8035 IMG_8046 IMG_8055 IMG_8059 IMG_8075 IMG_8079 IMG_8081 IMG_8087 IMG_7916

Do 6 listopada czekamy na prace konkursowe!

opublikowano: 2017-11-01 11:38:51

Przypominamy o naszym konkursie! Do 6 listopada (do godz. 23.59) czekamy na pierwszą stronę Twojej powieści! Tekst nie może być długi (maksymalnie 4 tys. znaków ze spacjami) i nie powinien być nigdzie wcześniej publikowany.

Nasz adres: konkurs.koncentrat@gmail.com

Jury wybierze najlepszą pracę (główna nagroda to czytnik e-booków :) ) i przyzna trzy wyróżnienia (będą to zestawy papierowych nowości książkowych). Zanim przyślesz do nas tekst, przeczytaj REGULAMIN KONKURSU (klik).

konkurs

Dwa spotkania w Celestynowie

opublikowano: 2017-10-27 19:42:58

Na warsztatach w Celestynowie dyskutowaliśmy o słowach, których coraz rzadziej używamy, o językowej grzeczności, o skrótach i o tym, czy trzeba bać się anglicyzmów. Pisaliśmy o dziewczynie w aerozolu, tajemniczej skrzynce i psie Ancymonie. Przyglądaliśmy się słowom tłustym i okrągłym, a także ostrym i kanciastym. Dziękujemy Bibliotece Publicznej w Celestynowie i Gimnazjum w Celestynowie za zaproszenie na warsztaty, a uczestnikom za zaangażowanie i świetne pomysły :)

c4 c1 c2 c3 cl1 cl2

Spotkanie w Młodzieszynie

opublikowano: 2017-10-24 15:10:49

Dziś dyskutowaliśmy o tym, czy zmiany w języku są nieuniknione, przyglądaliśmy się nowym wyrazom i sprawdzaliśmy, dlaczego powstały. Rozmawialiśmy też o pisarzach, których bardzo lubimy i o naprawdę trudnych wyzwaniach czytelniczych. Pisaliśmy o skrzynce z samotnością, ancymonie i podróży w nieznane. Za gościnę (także za pączki, kremówki i niebieską herbatę!) dziękujemy Gminnemu Ośrodkowi Kultury w Młodzieszynie (w bibliotece wszyscy byśmy się nie pomieścili), a uczniom Gimnazjum w Młodzieszynie dziękujemy za mnóstwo twórczej energii!

m2 m3

Napisz pierwszą stronę powieści i wygraj czytnik!

opublikowano: 2017-10-23 20:11:42

Kryminał, romans, a może science fiction? Wymyśl bohaterów i zacznij pisać! Do 6 listopada (do godz. 23.59) czekamy na pierwszą stronę Twojej powieści! Tekst nie może być długi (maksymalnie 4 tys. znaków ze spacjami) i nie powinien być nigdzie wcześniej publikowany.

Nasz adres: konkurs.koncentrat@gmail.com

Jury wybierze najlepszą pracę (główna nagroda to czytnik e-booków :) ) i przyzna trzy wyróżnienia (będą to zestawy papierowych nowości książkowych). Zanim przyślesz do nas tekst, przeczytaj REGULAMIN KONKURSU (klik).

Warsztaty w Karczewie

opublikowano: 2017-10-23 15:15:08

Dyskutowaliśmy dziś o Sienkiewiczu, Lemie i Leśmianie, o kryzach, umizgach i szansonistkach, o piesełach, hejterach i tofucznicy. Były ciastka z zieloną i różową galaretką i herbata w porcelanowych filiżankach. Takie rzeczy tylko w Miejsko-Gminnej Bibliotece Publicznej w Karczewie :)

k4 k3 k2 k1

W Wiązownie po raz drugi

opublikowano: 2017-10-20 17:36:48

To jedna z naszych ulubionych bibliotek. Dlatego chętnie przyjeżdżamy tu na warsztaty i na herbatę, którą można wypić wśród półek zapełnionych książkami :)

Dziś spotkaliśmy się w Wiązownie z dwiema grupami gimnazjalistów - zainspirowani przez Stanisława Barańczaka układaliśmy onanagramy (czyli anagramy onomastyczne), zastanawialiśmy się, gdzie się podziali fatyganci, szansonistki i berbecie, szukaliśmy przepisu na tofucznicę i sprawdzaliśmy, czym pieseł różni się od psa. Pisaliśmy o leku na samotność i miłości w aerozolu. Dziękujemy!

w1 w2 w3

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Ojczysty - dodaj do ulubionych 2018.

OJczysty - dodaj do ulubionych